JAK WYRUSZYŁEM DO ZAKONU

Trafiłem do Księży Pallotynów w 1984 roku. Droga do tego była długa, ale oparta na powołaniu. Jako młodzieniec nie chodziłem do kościoła, na religię, a sprawy wiary były mi zupełnie obojętne. Bardziej bawił mnie alkohol, papierosy, imprezy… jak to w dzikiej młodości.

Do kościoła jednak wpadłem w niedzielę ogłoszenia stanu wojennego, byłem szesnastolatkiem. Miałem antykomunistyczne nastawienie, a wtedy tylko w kościele można było usłyszeć coś sensownego. Szybko jednak sobie odpuściłem. W tym czasie tworzyłem poezję, pisałem opowiadania, szukałem odpowiedzi na pytanie, kim jest człowiek, jak zachowuje się sytuacjach ekstremalnych, co to jest dobro i zło. Ale nie miałem miejsca do udzielania się, ponieważ znaczna część instytucji kultury była skomunizowana.

Zimą, na początku 1983 roku jak Paweł z Tarsu spadłem z konia, twarzą w pył drogi. Ja, który Go zupełnie nie potrzebowałem, drwiłem z Niego i z ludzi wierzących, w pewnym sensie walczyłem z Nim, szukałem ateistycznych, materialistycznych argumentów na świat i życie, ja leżałem na ziemi i słuchałem Jego głosu. To było coś niesamowitego. W zasadzie nigdy potem nie było mi dane przeżyć aż takiego wstrząsu psychicznego, nigdy potem nie oślepiła mnie ta jasność. Ale kto raz oślepł i wzrok odzyskał, ten zapamięta to do ostatnich dni na ziemi.

A było to tak. Mój ówczesny przyjaciel Grzegorz namówił mnie do przeczytania „Potopu” Henryka Sienkiewicza. Podchodziłem do tego dość sceptycznie, bo nie lubiłem historycznych powieści w tamtym okresie. Jednak zacząłem czytać, czytałem noc, czytałem dzień i jeszcze noc… i rano, a była to niedziela, poszedłem do kościoła. Szedłem i czułem się jak Kmicic, a idących obok ludzi widziałem jak staropolską szlachtę. W moim parafialnym kościele jest kaplica Matki Bożej Częstochowskiej z dużym obrazem, kopią jasnogórską (obecnie Bazylika Mniejsza w Zduńskiej Woli). Nogi poniosły mnie do tej kaplicy. Padłem na kolana i przeklęczałem tak bez czucia parę godzin.

Zacząłem chodzić do kościoła codziennie rano (chodziłem wtedy na wieczorówkę) i klęczałem przed obrazem, a po kilku dniach poprosiłem księdza o spowiedź. Klęczałem przy konfesjonale w pustym kościele i tłumaczyłem kapłanowi samego siebie. Gdy dowiedział się, co się stało w moim życiu, że to powieść Sienkiewicza tak na mnie wpłynęła, powiedział: „Widzisz, różnymi drogami Pan Bóg dociera do człowieka”. A ja czułem się jak Kmicic przez kilka dni w tym oślepieniu. Wkrótce odzyskałem widzenie, postrzegałem wszystko bardzo wyraźnie, miałem wyostrzony wzrok w głąb siebie, poczułem własnego ducha.

Przejrzałem na oczy. Zacząłem rozmawiać z Bogiem swoimi słowami, bo innych modlitw w zasadzie nie znałem. Czytałem książki o świętych, np. o Alojzym Orione, Maksymilianie Marii Kolbe, a potem wpadła mi w ręce książka o Wincentym Pallottim. Chciałem być takim człowiekiem jak oni, ubogim w dobra materialne, a bogatym w ducha, którego mógłbym rozdawać.

Nie myślałem jeszcze wtedy o seminarium, ponieważ miałem od dzieciństwa swoją sympatię, taką młodzieńczą, wielką miłość. Pisałem jej wiersze, zagadywałem, ale niestety – bezskutecznie. Moja miłość była jednostronna. Jak się po dziesiątkach lat dowiedziałem od niej, to nie zmężniałem jeszcze wtedy. Mój syn zaś powiedział, że byłem, za przeproszeniem, „dupa”. A ja po prostu byłem bardzo nieśmiały, dużo bardziej niż teraz. Czas mijał i gdy nic nie wynikało z mojej miłości, coraz częściej i częściej myślałem o pójściu do zakonu.

Wiosną 1984 roku dowiedziałem się przypadkiem o Księżach Pallotynach. Napisałem do nich list, odpowiedzieli. I zaczęła się długa droga przyjmowania mnie do zakonu… o czym napiszę w następnej części, bo i tak już powstał długi tekst.

Dalsza część: http://zycienaplus.pl/2016/12/20/droga-do-zakonu/

Trzecia część: http://zycienaplus.pl/2017/01/06/moja-droga-zakonu-postulat/

Czwarta część: http://zycienaplus.pl/2017/02/06/moja-droga-zakonu-czesc-4-nowicjat/

28 komentarzy do “JAK WYRUSZYŁEM DO ZAKONU

    • Tak, można wierzyć lub nie,ale wszystko ma swój logiczny sens,. Tylko nie zawsze ,to jesteśmy w stanie pojąć,.Czasu trzeba na chwilę zastanowienia i przystanąć warto,aby się zorientować w jakim kierunku zmierzamy w tym chaotycznym świecie łatwo się pogubić,a drogę mogą nam wskazać fałszywą,lepiej już samemu błądzić na własny rachunek,..

  1. Również czekam . Wśród moich znajomych mam kilku takich, którzy chcieli, a jednak nie zostali w zakonie – założyli rodziny .

  2. Powołanie …Jak go usłyszeć?Jak rozpoznać ?
    .Trzeba dobrze Słuchać?..Czy nogi same Cię poniosą ..i pójdziesz za Tym glosem.?.czy będziesz głuchy ..będziesz się buntowac…Jak to jest z tym powołaniem ..Kiedy wiesz ze ono jest?!..Kiedy masz tą pewność..PAWEŁ..Pozdrawiam..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.