Droga do zakonu

Dowiedziałem się, że spełnienie dwóch warunków jest konieczne do wstąpienia do seminarium. Trzeba mieć bierzmowanie i maturę. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że oprócz tego będę przechodził kilka szczebli „egzaminów”, i że wcale nie tak łatwo dostać się do seminarium pallotyńskiego. Duch Święty mnie jednak prowadził…

Część pierwsza: http://zycienaplus.pl/2016/12/15/jak-wyruszylem-do-zakonu/

Napisałem list do Księży Pallotynów, odpisano mi, zapraszając na dwudniowy zjazd młodzieży do Ołtarzewa niedaleko Warszawy, gdzie mieści się seminarium. Pojechałem. Przyglądałem się wszystkiemu z wielkim zainteresowaniem. Wydawali gazetę, książki, mieli scenę teatralną, była kameralna kaplica. Wszystko, co było mi podówczas potrzebne do życia i twórczości. Tak sobie wówczas wyobraziłem, że będę pisał artykuły, występował na scenie, modlił się, pracował z młodzieżą i ubogimi. Jednak z drugiej strony zupełnie nie wyobrażałem sobie życia zakonnego. Zielonego pojęcia nie miałem o tym, na czym polega seminarium, czym zajmują się księża, nie znałem żadnego księdza, nie byłem ministrantem. W odróżnieniu od innych moich rówieśników, którzy przybyli na ten zjazd do Ołtarzewa, a mieli wielu znajomych księży, byli ministrantami, wychowywali się w katolickich rodzinach. Ja słyszałem w sobie tylko głos, który jak oaza na pustyni wyrastał. Byłem wcześniej pustynią, a zaczynała we mnie wyrastać roślina. Czułem to doskonale i do dziś dnia pamiętam to niesamowite uczucie świeżości wiary po nawróceniu. Już nigdy siła mojej wiary nie była taka wielka.

Z perspektywy czasu patrzę na swoją wiarę. Falowała. Były momenty wzlotów i upadków. Nie zawsze przekładała się na dobre uczynki. Jednak kształtowała moje sumienie i poczucie winy, a także potrzebę refleksji nad życiem, nad codziennością, nad relacjami z bliskimi. Mam świadomość, że często uciekałem przed wiarą, przed Bogiem… jednak wracałem skruszony, tchnięty wspomnieniem właśnie tych pierwszych, młodzieńczych odczuć, emocji, świeżego spojrzenia na Boga. To wspomnienie młodzieńczych przeżyć było jak tarcza przed pokusami szatańskimi… chociaż wydaje mi się, że częściej oddawałem się tym pokusom niż przed nimi broniłem. Miałem tarczę, a jednak tchórzyłem, poddawałem się, wywieszałem białą flagę. Leciałem w dół… nie wiem, czy byłem na samym dnie… ale On był cały czas przy mnie. Wreszcie – tak mi się dzisiaj wydaje – złapał mnie. Pomógł się podnieść. Nauczył od nowa chodzić. Dał do ręki jeszcze raz medytację, modlitwę życia, różaniec…

Długa miała być moja droga do seminarium, ale ja jednak nie wyobrażałem sobie, że może być inaczej, że mógłbym się nie dostać. Koniecznie więc musiałem przyjąć sakrament bierzmowania, bo go nie miałem, jako że od siódmej klasy nie chodziłem na religię. Akurat w mojej parafii miało być wkrótce takie bierzmowanie dla „niedobitków”, więc bardzo się ucieszyłem. Jednak ksiądz, który egzaminował, miał wobec mnie obiekcje i koniecznie chciał, abym dopiero za rok miał ten sakrament. Ja przygotowałem się do tego wydarzenia duchowo, wewnętrznie, a ksiądz denerwował się, że nie znam szczegółowo katechizmu. Ja czułem tego Ducha w sobie, który miał na mnie zstąpić, a ksiądz stawiał twardy opór.

O, postawiłem się wtedy, nie chciałem wyjść z jego pokoju, dopóki nie wyrazi zgody. Widząc moją determinację, w końcu zgodził się i tak przyjąłem dary Ducha Świętego, co było dla mnie wielkim przeżyciem. I to kolejny moment w moim życiu, który pamiętam doskonale. Dary te szanuję do dziś, do dzisiaj – od tamtej pory – Duch Święty mnie prowadzi, czuję Jego obecność… przez tyle lat pozostał we mnie moment bierzmowania. Przyjąłem imię Jan, na część Jana Pawła II, bo imię Paweł mój tato zdecydował mi dać na cześć papieża Pawła VI.

Z tatą to cała historia. W tym czasie był emerytowanym milicjantem, z mamą nie miał ślubu kościelnego, a wychowali nas w sumie pięciu chłopaków. W tej milicji był tyle, ile miał być, a potem uciekł na emeryturę i zajął się prawdziwą pracą w ogrodnictwie. Był socjalistą, społecznikiem, typem chrześcijanina i bardzo, bardzo pracowitym człowiekiem. Nie wiem, na ile był wierzącym, na ile nie. Nikt nikomu do serca nie zajrzy. Widziałem jednak, że przed siewem robił znak krzyża, bo tak robił jego ojciec – jak mi wyjaśnił. To było dla mnie bardzo ważne wtedy i jest do dziś. Tatę z partii wyrzucili w 1965 roku, gdy mnie oficjalnie ochrzcił w parafii. Inni notable chrzcili swoje dzieci na wsiach.

Drugim warunkiem przyjęcia do seminarium była matura. Ja uczęszczałem do szkoły wieczorowej, dojeżdżałem wtedy do Łodzi, bo w mojej Zduńskiej Woli nie było już dla mnie szkół. Chodziłem z osobami dużo starszymi ode mnie. Odkąd zdecydowałem się pójść do zakonu, przestałem wagarować, no bo przecież musiałem zdać maturę. Wcześniej byłem zawsze najgorszym uczniem. Szkoła już wtedy była dla mnie przeżytkiem, dlatego nie zazdroszczę teraz dzieciom, że muszą uczestniczyć w czymś tak archaicznym jak właśnie szkoła w systemie klasowo-lekcyjnym.

W tej łódzkiej szkole wieczorowej miałem wspaniałą opiekunkę klasy, która często rozmawiała ze mną. Gdy powiedziałem jej, że zamierzam wstąpić do zakonu, zrobiła wszystko, abym ukończył szkołę i zdał maturę. Wspominałem już, że wtedy Kościół był swoistą opozycją wobec komuny, więc każde popieranie Kościoła, a w tym wypadku mojego wstępowania do zakonu, było przejawem „opozycyjności”. Oczywiście, piszę to dziś nieco żartobliwie, ale coś w tym było. Wiele ciekawych osób stawało na mojej drodze życiowej, wszystkim im jestem bardzo wdzięczny. Pomagali, kierowali, dawali dobre rady, modlili się… Każdy z nas może wymienić taką osobę czy osoby, które mu pomogły w życiu. A przecież i my samy jesteśmy nierzadko takimi kierunkowskazami, najczęściej w sposób zupełnie nieświadomy.

Maturę faktycznie zdałem z bardzo dużą pomocą nauczycieli i gorącą modlitwą mojej mamy. Mama była bardzo wierzącą, wewnętrznie rozwiniętą osobą.

Miałem już dwa warunki wstąpienia do seminarium spełnione.

Po maturze przesłałem wszystkie dokumenty, z życiorysem i podaniem o przyjęcie, i czekałem na odpowiedź. Ta wkrótce nadeszła. Na cały lipiec zostałem zaproszony na postulat, który miał się odbywać w domu pallotyńskim na Kopcu koło Wadowic. Cieszyłem się bardzo.

Na dwa dni przed wyjazdem, grałem w piłkę na asfaltowym boisku, sfaulowano mnie, upadłem na głowę, straciłem przytomność, zniesiono mnie prawie martwego. No, byłem pokiereszowany, szczególnie na twarzy i miałem podejrzenie o wstrząs mózgu. Nawet na dobę trafiłem do szpitala, ale czym prędzej z niego uciekłem. Wyjazd na postulat był dla mnie wtedy najważniejszy.

Rozpisałem się znowu, dlatego będzie jeszcze kolejna część. Napiszę w niej, jak spędzałem czas na miesięcznym postulacie i jak w przedziwny sposób zostałem jednak przyjęty do zakonu.

Trzecia część: http://zycienaplus.pl/2017/01/06/moja-droga-zakonu-postulat/

Czwarta część: http://zycienaplus.pl/2017/02/06/moja-droga-zakonu-czesc-4-nowicjat/

16 komentarzy do “Droga do zakonu

  1. Jesteś bardzo ambitny i wytrwały w dążeniu do celu … jest to nieraz
    bardzo męczące …ale warto …Znam ten ból ..Z przyjemnością czytam
    Twoje opowiastki …..Pisz proszę ..

  2. Tak wato żyć,, .. Tyle jest w naszym życiu chwil dobrych i złych,a my musimy się z niego rozliczyć gdy przyjdzie na, nas czas,.Warto być przyzwoitym człowiekiem, warto doceniać wszystko,co dostajemy od losu,……

  3. Świetnie Pan opisuje swoje lata młodości… A jednak nie był Pan „aniołkiem” jako nieopierzony młokos ,ale podziwiam za determinacje i ambicje. Czytam z zapartym tchem już drugą część i z niecierpliwością czekam na cd.

  4. Nie jeden człowiek ma wielkie pragnienie poznania Boga sama również przeżyłam taką chęć poznania Stwórcy mając wszystko jednak człowiekowi czegoś brak za czymś bardzo tęskni .Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.