Pożądanie w Tatrach – opowiastka dla dorosłych

Przycisnął jej głowę do swojej piersi, mocno objął ramieniem. Wsunął dłoń pod sweter, głaskał delikatną skórę pleców. Był taki silny, drżała pod dotykiem jego mocnych dłoni. Miał je takie szorstkie, drapały, ale właśnie tym samym sprawiały jej wielką przyjemność. Płakała. Każda rozkosz musi się skończyć. Po gorących dniach przychodzi burza. Właśnie się zbliżała. Jej łzy, jak krople deszczu, były zwiastunami błyskawic i grzmotów.

Musiała wrócić do męża. Gdy pięć lat temu zgodziła się zostać jego żoną, nie myślała, że będzie mieć jakiekolwiek pokusy. Przecież to, że jest dwadzieścia pięć lat młodsza nie wróżyło nieszczęścia. Nie była aż tak spragnioną seksu, aby nie wytrzymywać z mężczyzną o mniejszym potencjale erotycznym niż jakiś młokos. Miała trzydzieści pięć lat, nie była więc już taką młodą. Dla niej ważne było uczucie, ale i dobrobyt, spokój materialny, który on jej zapewniał. Dlatego wyszła za niego za mąż. Miała ten upragniony spokój, stabilizację, wypasiony dom, samochód, służbę do swojej dyspozycji. Nie musiała nic, oprócz odwzajemniania swojego uczucia.

Przez ostatnie lata fruwali zimą w Alpy na narty. Niestety, w tym roku jej mąż musiał zostać w sprawach biznesowych w domu. Postanowił zawieść ją w Tatry, do małej wsi, gdzie jeździł jeszcze w dzieciństwie z rodzicami. Znajoma gaździna obiecała, że się nią zaopiekuje. Miała tam spędzić tydzień. Spędziła. Szalony tydzień.

Pierwszego dnia do południa zjeżdżała na nartach, a mimo że bardzo lubiła to zajęcie, to jednak sama nudziła się na stoku. Po obiedzie postanowiła przejść się na spacer. Poszła znajomą sobie drogą w stronę lasu, skąd górale ściągali końmi ścięte i okorowane świerki. Po halnym było dużo wiatrołomów, mieli więc zajęcie.

Szła wolno, w koleinach wygniecionych przez grube bierwiona i końskie kopyta. W pewnym momencie usłyszała za sobą dzwonki. Z tyłu nadjeżdżały małe sanki, przystosowane do zwózki drzew, ciągnięte przez konia, a na nich siedział znajomy góral. Był to syn gaździny. Pomachali sobie ręką, ale nie chciała jechać saniami, mimo jego zaproszenia.

Szła leśnym duktem, rozkoszowała się widokiem zasypanych śniegiem świerków. Małe choineczki wystawiały swoje czubki ponad puchowe zaspy. Co jakiś czas zgarniała w rękawiczkę śnieg i przykładała do ust. Powietrze było rześkie, mróz trzymał niewielki. Z nieba zaczęły lecieć drobne płateczki. Zasypywały jej czapeczkę i kożuszek.

Przypomniała sobie przyjaciółkę, która miała romans. Zwierzyła jej się z niego. Miała dość męża, chciała rozwodu, ale on stawiał opór. Jak można po dwudziestu latach małżeństwa brać rozwód? – zastanawiała się. Przecież to chore. Każdy facet jest taki sam. Każdy myśli tylko o sobie, o swoich potrzebach. Po co jej zmiana? Na dwa, trzy lata? Przecież tylko tyle trwa nowość, a potem znów przychodzi szarość. Lepiej być przy tym, którego się zna. Czy można skakać tak z kwiatka na kwiatek? Jak długo? A na starość samotność? Żeby jeszcze był bogaty… ale to biedny facet, który bardziej liczy na jej pomoc. W takim przypadku to rozum powinien przemawiać, a nie pożądanie czy jakieś nędzne, liche uczucia.

Doszła wreszcie do miejsca, gdzie pracowali górale. Korowali drzewo z gałęzi, palili ognisko. Czuła zapach dymu, rozkoszny jak kadzidła. Unosił się nisko. Stanęła przy ognisku, zdjęła rękawiczki i ogrzewała dłonie. Patrzyła w strzelające płomienie. Żałowała, że nie ma z nią męża. On także lubił takie urokliwe miejsce, chwile napełnione atmosferą melancholii.

Pracujący przy drzewie górale zerkali na nią często. Robiła zapewne na nich wrażenie w krótkim kożuszku, krótkiej, kraciastej spódniczce, czarnych rajstopach i botkach w stylu camel. Gdyby nie to, że znała syna gaździny, to może i wystraszyłaby się takich mężczyzn.

Od koni i drwali leciała para. Byli spoceni. Gorąco…

Zaczynało się jej to coraz bardziej podobać. Odczuwała jakieś niewiadome poczucie wewnętrznego pragnienia. Coś ją kusiło. Coś modelowało jej ciało. Coś prowadziło do… sama nie wiedziała czego.

Widziała jak kolejni górale przyczepiali po dwa wielkie pnie do saneczek i wyciągali je z gęstwiny na drogę. Znikali za zakrętem. Wreszcie został tylko syn gaździny. Podszedł do niej. Robiło się coraz mroźniej, więc para unosiła się nad jego potężną sylwetką.

– Ciepło? – zapytał.

– Tak – odpowiedziała szeptem.

– Trzeba już wracać, zaraz noc się zrobi – powiedział.

Patrzyła na niego. Był taki duży, silny, męski… czuła zapach ciężkiego wysiłku. Wiedziała, że mógłby ją wziąć na ręce i nieść na koniec świata. Starała się otrząsnąć z takich myśli, ale one wracały, wracały, wracały… przeraziła się ich. Ale coś w niej drgało, coś budziło się do życia… coś łaskotało w podbrzuszu… coś powodowało, że jej ciało przebiegał dreszcz…

Popędził konia i wyciągnął pnie na drogę. Poszła za nim. Zajęty był prowadzeniem zaprzęgu. Odpowiadał na pytania zdawkowo. Jednak każdego jego słowo, jego bliskość – czasami ocierał się o nią – doprowadzało ją do drżenia. Czuła, że jej ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, głupiała…

Po kwadransie doszli do miejsca, gdzie składano pnie. Potem poszli w stronę stajni. Była jak w transie. Nie miała czucia. Rozum? Straciła.

W stajni czuła zapach końskiego potu, siana, ostry zapach… ostry zapach… zdzierał z niej kożuszek… szarpał bluzkę… obnażał… całował… silnymi dłońmi trzymał ją całą, czuła go wszędzie…

 

Tak upłynął tydzień. Gdy oderwała się od ostatniego przytulenia i pocałunku nadjechał mąż. Wyszła na jego spotkanie. Była jeszcze zapłakana, drżąca, roztargana doznaniami całego tygodnia. Czuła, że on widzi jej stan, jej zachowanie, jej wnętrze, że on wie wszystko… nie jest przecież głupi.

3 komentarze do “Pożądanie w Tatrach – opowiastka dla dorosłych

  1. Nie wiem czy to z powodu różnicy wieku ta pani wdała się w ten gorący romans ,uważam że niewielu jest dane odczuwać tak mocno pożądanie erotyczne ,przecież to jest piękne przeżycie i myślę że to jak nawąchać się pięknych perfum ,zachwycić się ich zapachem i wrócić ….pachnieć tymi dawno wybranymi ,które tak dobrze rozpoznaje mąż. Tylko osoby o bogatym wnętrzu potrafią pięknie żyć ,przeżywać i dawać innym radość .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.