Moja droga do zakonu – POSTULAT

Pierwsza część: http://zycienaplus.pl/2016/12/15/jak-wyruszylem-do-zakonu/

Druga część: http://zycienaplus.pl/2016/12/20/droga-do-zakonu/

Uciekłem ze szpitala z podejrzeniem wstrząsu mózgu, ponieważ chciałem jechać na postulat. To był miesięczny okres, kiedy miałem być poddany obserwacji, razem z innymi kandydatami do zakonu. No, ja wtedy nie miałem zielonego pojęcia, że ktoś mnie obserwuje i nawet nie dopuszczałem do siebie takiej myśli, że można by mnie nie przyjąć. No, bo jak to? Ja chcę, czuję Boga przy sobie, Duch Święty mnie prowadzi, a tu miałby ktoś coś złego we mnie zaobserwować i mnie nie przyjąć?

Spakowałem stary, zielony, harcerski plecak i nocnym pociągiem wyruszyłem do Krakowa, gdzie przesiadłem się w pociąg jadący do Wadowic. Kopiec, to miejscowość niedaleko Wadowic. Trzeba było tam jakoś dotrzeć, a że byłem przyzwyczajony do pieszych wędrówek, to w godzinę byłem na miejscu. Tu się okazało, że oprócz mnie przyjechało jeszcze około stu młodych chłopaków i wszyscy chcą być zakonnikami.

Umieszczono nas w budynku, który przed miesiącem komuniści zwrócili Pallotynom. Oddali coś, co im zarekwirowali przed laty. A był to lipiec 1984 roku. Przez lata w tym budynku był szpital gruźliczy. Komuniści oddali zakonowi budynek bardzo zdewastowany. No, ale my tam zamieszkaliśmy. Były tylko żelazne, białe, szpitalne łóżka, poobdzierane ściany, stare okna… wtedy była to dla mnie rewelacja. Tak sobie wyobrażałem życie zakonne, w ubóstwie, w warunkach ekstremalnych, abym mieć gdzie głowę położyć na kilka godzin, a potem do pracy, do ludzi. Byłem pełen ideałów, wiary, świeżości… A przy tym byłem kompletnie zielony, jeśli chodzi o sprawy wiedzy na temat wiary, Kościoła katolickiego, liturgii itd. Moi koledzy z postulatu byli wcześniej ministrantami, znali wielu księży, chodzili na religię, mieli wujków lub braci księży… a ja? Syn emerytowanego milicjanta i rodziców bez ślubu kościelnego, niechodzący na religię, uciekający przez wiele lat przed Panem Bogiem, palący papierosy i pijący alkohol… Papierosy przestałem palić tydzień przed postulatem, alkohol przestałem pić ostro nieco wcześniej.

Pierwszego dnia dowiedziałem się, że na Kopcu spędzimy dwa tygodnie, a potem przejedziemy do budynku seminaryjnego w Ołtarzewie na następne dwa tygodnie.

Na postulacie naszym opiekunem był ksiądz i dwóch kleryków ze starszych roczników. To oni nas obserwowali. Dopiero po jakiś dwóch latach dowiedziałem się, że od początku patrzono na mnie podejrzanie i wcale miałem nie być przyjęty do zakonu. Uznawali bowiem, że jestem zbyt świeży, za mało wiem i w ogóle nie nadaję się na zakonnika. Chciano mi jednak dać trochę czasu, abym sobie sam popatrzył, jak to wszystko wygląda i sam zrezygnował. Taką mieli nadzieję. A gdybym nie zrezygnował, to po prostu by mnie nie przyjęli, bo jak się potem okazało, z grupy stu chłopaków przyjęto tylko pięćdziesięciu. I pewnie ja bym się znalazł w tej grupie odrzuconych, gdyby nie tragiczna śmierć, która poraziła moich późniejszych przełożonych. To tej śmierci zawdzięczam, że zostałem przyjęty. Ale po kolei.

Od pierwszego dnia wszystko na tym postulacie bardzo mi się podobało. Miałem czas, aby pisać wiersze do Matki Bożej, modlić się w kaplicy, pracować w gospodarstwie, które było przy klasztorze. Mieliśmy codziennie pogadanki z księdzem, rozmowy, mszę świętą… no, słowem, to wszystko, czego wtedy potrzebowałem. Nawet wytypowano mnie do prowadzenia kroniki, bo stwierdzono, że potrafię posługiwać się słowem pisanym. Ponadto pisałem prawie codziennie listy do rodziców. Zachowały się do dzisiaj. Gdy je teraz czytam, widzę jak byłem przepełniony radością, pochodzącą z wielkiej wiary. Być może już nigdy ta moja wiara nie była taka mocna i świeża, jak później.

W tym czasie wypełnialiśmy jakieś testy psychologiczne, mieliśmy rozmowy z psychologiem, badania lekarskie niczym na komisji wojskowej w stroju Adama.

Pod koniec drugiego tygodnia pobytu na postulacie, wstrząsnęła nami wiadomość o tragicznej śmierci kleryka pierwszego roku. Okazało się, że utopił się w basenie, mimo że doskonale pływał. Na tym basenie było dużo ludzi, basen był stosunkowo mały, a on się utopił. To było wstrząsem dla wszystkich. Wtedy poczułem, że i ksiądz, i dwaj alumni, którzy byli z nami, jakoś dziwnie mi się przyglądają. Nikt nic jednak mi jeszcze wtedy nie powiedział.

Za trzy dni pociągiem z Kopca jechaliśmy do Warszawy, aby potem autobusem przedostać się do seminarium w Ołtarzewie. Tu jest link, można zobaczyć: http://www.wsdsac.pl/

Rankiem wysiadłem z autobusu i ruszyłem w kierunku seminaryjnego budynku. Wchodzę po schodach i z daleka już widzę nekrolog. Domyśliłem się, że to po śmierci tego kleryka. Podchodzę bliżej i zamarłem. Na klepsydrze był napis Grzegorz Rudnik. Nazywał się tak, jak ja. Poszedłem do kościoła seminaryjnego i bardzo długo w nim siedziałem. Wtedy po raz pierwszy w życiu poczułem taką bliskość zmarłej osoby. Czułem go koło siebie. Nie znałem go, a rozmawiałem z nim. Tak było jeszcze bardzo długo, potem w nowicjacie, w seminarium… Grzegorz z zaświatów towarzyszył mi w mojej drodze.

W Ołtarzewie program był podobny jak na Kopcu. Jakieś prace, modlitwy, rozmowy. Trzeciego dnia przesypywałem łopatą żwir na budowie, a po jakimś czasie przyszedł majster i mówi, że właśnie to była ostatnia praca tego Grześka, co się utopił, a on był bardzo pracowity. No, wtedy dopiero we mnie wstąpił duch pracowitości.

I wtedy też prawdopodobnie zapadła decyzja, że mimo wszystko do zakonu zostanę przyjęty, ponieważ ta śmierć jest jakimś znakiem. Ksiądz dał mi książkę, abym poczytał, bo stwierdził, że musi mnie przeegzaminować. No i tak się stało. Przez trzy godziny rozmawiał ze mną o wiedzy na temat wiary, Kościoła itp. W końcu stwierdził, że moja wiara jest tak silna, że nie potrzebna jej, póki co, wiedza, którą i tak zdobędę w seminarium.

Kolejne dwa tygodnie płynęły. Nie wspominałem, że w tym czasie paru kolegów zrezygnowało. Na koniec postulatu była msza, po której miały być nam wręczone dekrety przyjęcia do nowicjatu (roczny okres w klasztorze w Ząbkowicach Śląskich). Dekrety wręczono pięćdziesięciu chłopakom, w tym mnie. Drugie tyle musiało odejść z niczym.  Gdy wręczał mi je ksiądz prowincjał, przełożony Pallotynów, powiedział: „Teraz musisz pracować za dwóch”. PO latach dowiedziałem się, że to właśnie ksiądz Czesław Parzyszek był moim głównym mentorem i to on zadecydował o przyjęciu mnie do Pallotynów.

No i tak zostałem przyjęty do zakonu, ale o tym, co działo się w nowicjacie opowiem innym razem, bo powstał i tak bardzo długi tekst.

Czwarta część: http://zycienaplus.pl/2017/02/06/moja-droga-zakonu-czesc-4-nowicjat/

19 komentarzy do “Moja droga do zakonu – POSTULAT

  1. Bardzo mnie zaciekawiła ta Twoja droga do Boga .Pragnienie Poznaniu Boga .Dziękuję Ci Bardzo osobiste wyznanie .GŁÓD MIŁOŚCI..

  2. Jak dla mnie wspaniała lektura. Nie sądziłam ,że kiedykolwiek polubię czytać autobiografie, bo to jest taki kawałek Pana życiorysu, ale gdyby nie dar słowa pisanego ,to faktycznie nie chłonęłabym każde słowo z taką przyjemnością. Liczę, iż będzie cd.

  3. Pawełku pięknie piszesz bardzo mnie ciekawi dalsza część .Pozdrawiam serdecznie życzę dalszej
    Weny Felicytas Sitko

  4. Pawle Zacny,
    Ja też jako stary kapłan wzruszyłem się Twoją szczerą opowieścią. Dobrze, ze to napisałeś. Jestem Ci wdzięczny. Przeżywałem, że odszedłeś, ale dobrze, że jesteś nadal wspaniałym apostołem w świecie. Pamiętam w modlitwie. Chętnie bym Ciebie spotkał na „pogaduszki”. Niech Cię Pan prowadzi
    ks. Czesław

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.