Agata ze Zduńskiej Woli – opowiastka dla dorosłych

Moje rodzinne miasto, z którego wyjechałem we wczesnej młodości, wciąż pozostawało w moich wspomnieniach. Nie tak łatwo bowiem uciec od miejsc, w którym spędziło się szczęśliwe i beztroskie dzieciństwo. Było niewielkie, nie miało jakiś charakterystycznych cech, więc rzadko mogłem o nim usłyszeć. Dopiero gdy narodził się internet, sprawdzałem co się tam dzieje. Wiele razy miałem je odwiedzić, lecz zawsze coś stawało na przeszkodzie.

Tak mijały lata. Ja stawałem się coraz starszy, bardziej doświadczony i coraz bardziej tęskniący za rodzinną miejscowością, za ulicami, murami, ale także za znajomymi ze szkoły, z sąsiedztwa. W pamięci znikała szarość, a rodziła się kolorystyka. Zieleni drzew i krzewów, które rosły na ulicach i placach, kwiatów na skwerach, barwnych domków ciasno ukleconych w wąskich uliczkach. Chciałem tam jechać, ale… no właśnie, coś mnie powstrzymywało. Bałem się tej konfrontacji, miasta dzieciństwa z miastem dorosłego człowieka. Może bałem się swojej starości…, tego, że przeszedłem smugę cienia… I być może nigdy bym tam nie pojechał, gdyby nie przypadek.

W poznańskiej kawiarence pewnego razu spotkałem moją koleżankę z liceum, Agatę. To ona mnie poznała. Skoczyła z wielką radością. Buzia jej się nie zamykała. Ale była bardzo elegancka, zgrabna, wyśmienicie ubrana. Jej nogi, biodra, piersi robiły wrażenie. Spędziliśmy bardzo miły wieczór. Zaprosiła mnie do Zduńskiej Woli, do siebie, bo dom miała duży i psuty. Mąż sobie poszedł w świat, podobnie jak i dzieci. Zwierzyłem się jej ze swoich tęsknot za tym naszym cudownym miastem, za wspaniałymi ludźmi, więc ona z całą stanowczością nalegała, abyśmy umówili się bardzo konkretnie. Opowiadała, że miasto robi się coraz piękniejsze, a ludzie traktują się życzliwie, serdecznie, z dobrym słowem. Koniecznie chciała, abym to zobaczył na własne oczy.

Umówiliśmy się więc na majowy piątek, na moją trzydniową wizytę. Obiecała, że zapewni mi doskonałą rozrywkę, dużo wrażeń i spotkania ze znajomymi. Widziałem, że była doskonałą organizatorką, co jej powiedziałem. Jednak ona stwierdziła, że w Zduńskiej Woli to wszyscy tak potrafią.

W umówionym dniu podjechałem pod jej dom otoczony bzami i wszelką panoszącą się, młodą zielenią. Mieszkała na peryferiach miasta, pod lasem… ale znałem te miejsca z dzieciństwa. Chodziłem tu na wagary. Wtedy były tylko łąki, strumyk, a dzisiaj powstały uliczki.

Faktycznie, dzień był urozmaicony. Łaziliśmy po ulicach, przeszliśmy ulicą Łaską do ratusza, zajrzeliśmy na kawę do „Literackiej”, a potem do naszej wspaniałej przyjaciółki Basi, która ma sklep z bielizną na Placu Wolności blisko Getta Żydowskiego. Basia, och, jakie wspomnienia, wspólnych wypadów w grupie na rajdy, biwaki. Basia powiedziała, że miasto nie jest bogate, ale ludzie nie załamują rąk, tylko pracują, są przedsiębiorczy i robią, co mogą, aby nie dać się biedzie. Do takich ludzi należy Basia, od zawsze, odkąd pamiętam.

W potem poszliśmy do restauracji „Kamienica” na bardzo dobry obiad. Wspominaliśmy stare kawiarnie… „Szarotkę” na ulicy Srebrnej, „Moccę” i „Jubilatkę” na ulicy Łaskiej. Wszędzie tam spędzaliśmy całe godziny, aby nacieszyć się sobą. Nie tak, jak teraz smsami, ale twarzą w twarz.

Po obiedzie kolejne spotkania. Aż do późnego wieczora.

Gubiłem się trochę, gdyż zostawiłem Zduńską Wolę drewnianą, a zastałem murowaną – jak by wypadało powiedzieć. Ulice, domy, osiedla… zupełnie inne, nowoczesne, miasto cieszące się swoją przestrzenią. Ludzie wspaniali, faktycznie życzliwi i serdeczni, przedsiębiorczy, tworzący wszelakie dobro.

Siedzieliśmy do późnej nocy w salonie. Agata opowiadała jeszcze o sobie, o przejściach z mężem, który zostawił ją pięć lat temu. Mówiła, jak bardzo jest spragniona prawdziwego mężczyzny, ale w mieście sami znajomi, więc trudno jej kogoś znaleźć. Też wspomniałem o moim nieudanym małżeństwie, o rozwodzie przed dwoma laty. Wtedy w głowie mi zaczęło wirować, nie tylko od wypitego alkoholu, ale także od obecności mojej koleżanki. Jeszcze w ogólniaku bardzo mi się podobała, ale ja byłem takie brzydkie kaczątko, a ona miała wielkie powodzenie u chłopaków, szczególnie ze starszych klas. Teraz byliśmy jakoś na tym samym poziomie i czułem, że ja bardzo jej się podobam.

Jednak zarządziła, że idziemy spać. Ja w gościnnym pokoju, a ona w swojej sypialni. Czułem ten nastrój… to coś, co zaczęło nas łączyć… ale spać, to spać…

Chyba szybko zasnąłem. Nie mam pojęcia, która była godzina, kiedy poczułem, że ktoś mnie przesuwa. Usłyszałem głos Agaty:

– Musisz mnie troszkę przytulić… – szepnęła.

Przesunąłem się i wtedy świat zawirował. Tak, można tęsknić do rodzinnego miasta, do ulic i ludzi, ale można także tęsknić do gorącego ciała, kiedy pożądanie wiedzie dłonie po nagim ciele… kiedy pożądanie zwiera dwa istnienia… kiedy pożądanie eksploduje…

3 komentarze do “Agata ze Zduńskiej Woli – opowiastka dla dorosłych

  1. Zawsze lubiłam ludzi którzy mają odwagę zrobić coś dla siebie…w takich zdarzeniach tkwią emocje, zmysłowość to bywają pięknie przeżyte chwile ,spontaniczne a wtedy właśnie szczere .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.