MOJA DROGA DO ZAKONU – część 4 – nowicjat

Pierwsza część: http://zycienaplus.pl/2016/12/15/jak-wyruszylem-do-zakonu/

Druga część: http://zycienaplus.pl/2016/12/20/droga-do-zakonu/

Trzecia część: http://zycienaplus.pl/2017/01/06/moja-droga-zakonu-postulat/

Był rok 1984. Po skończonym postulacie miałem jeszcze półtora miesiąca, do 15 września, gdyż dopiero wtedy miał się rozpocząć nowicjat. O ile wcześniej nie wspominałem znajomym, że wybieram się do zakonu, o tyle teraz, gdy zostałem już przyjęty, mówiłem. Oczywiście, nikt nie chciał mi w to uwierzyć. Znali mnie jako człowieka fruwającego w chmurach w sposób dość frywolny i zupełnie nie pasowałem im do stereotypowego obrazu zakonnika. Co niektórzy stwierdzali nawet, że nie uwierzą, dopóki nie zobaczą mnie w sutannie. Ale i wtedy wierzyć nie chcieli, bo gdy przyjechałem na święta Bożego Narodzenia, po trzech miesiącach miałem już sutannę, to wmawiali mi, że gram w kabarecie lub w teatrze.

No, ale zanim pojechałem do nowicjatu, miałem jeszcze trochę wakacji. Pisałem dużo wierszy-modlitw, prowadziłem rozliczne rozmowy ze znajomymi, odbywałem ostatnie spotkania z braćmi (miałem ich czterech). Postanowiłem także zniszczyć całą swoją dotychczasową twórczość, która w obliczu mojego wstąpienia do zakonu, była dla mnie dość kompromitująca. Spaliłem swoje opowiadania i pamiętniki, czego potem bardzo, bardzo żałowałem. Ale ten sam błąd zrobiłem dwa razy, bo i pięć lat temu spaliłem swoje pamiętniki z okresu 30 lat. Czyniłem tak wtedy, gdy chciałem się niejako odciąć od przeszłości i rozpocząć nowe życie.

We wrześniu pożegnałem się także ze swoją „miłością”, z koleżanką, z którą wychowywaliśmy się od dzieciństwa i każdy dzień spędzaliśmy razem. Jednak ta miłość była tylko z mojej strony, ona jakoś, oprócz koleżeństwa nic więcej do mnie czuła. Gdybym wtedy wiedział, że to coś poczuje dopiero za 30 lat… tak, po 30 latach spotkaliśmy się ponownie, jako „wolni” ludzie… i tak już zostaliśmy razem. Ale jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy tego, że po latach połączy nas piękna miłość. Ja zaś przed pójściem do zakonu nie miałem problemu z tą miłością. Po prostu w jakiś sposób ją zakopałem, nigdy – ani w zakonie, ani później w małżeństwie – ta młodzieńcza miłość mi nie przeszkadzała, nie wracała do mnie, nie tęskniłem.

Pożegnaliśmy się tak po prostu. Gdy przyjeżdżałem na urlop z seminarium, to spotykaliśmy się, aby porozmawiać, ale gdy byłem w małżeństwie, to już się nie widzieliśmy przez dziesiątki lat.

Do nowicjatu w Ząbkowicach Śląskich (warto zajrzeć na stronę i zobaczyć:  http://www.dom-zabkowice.pl/) zawiózł mnie tato, bo miałem dużo bagażu. Zamieszkaliśmy na poddaszu dużego domu. Rozpoczęły się różnorodne prace polowe, jak np. zbieranie ziemniaków, kapusty, marchewki, pietruszki, a także ogrodowe. Od października zaczęły się wykłady.

Naszym opiekunem był ksiądz, mistrz nowicjatu, specjalista z wieloletnim stażem, a przy tym psycholog, Mieczysław Olech. Jego zadaniem było przekazywanie nam wiedzy ogólnej o wierze, religii, Zgromadzeniu Pallotynów, duchowości pallotyńskiej, a z drugiej obserwowanie nas, korygowanie pewnych naleciałości, ale również doradzanie odejścia do „cywila”. Odbywaliśmy z nim burzliwe spotkania na zasadzie burzy mózgów, grupowe i indywidualne rozmowy. No, działo się od początku bardzo twórczo. To był rok, który jak dzieciństwo, ukształtował mnie na życie. Takie drugie dzieciństwo.

I nagle w połowie października rozeszła się wiadomość o zaginięciu, a potem o bestialskim zamordowaniu błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki. Wielkie przeżycie to było dla mnie, młodego człowieka wchodzącego dopiero na drogę, na której komuniści mordują. Ale było to doświadczenie wzmacniające, gdyż jeszcze bardziej czułem, że idę właściwą ścieżką. Jeszcze bardziej mnie to motywowało do działania, modlitwy, nauki, dobroci. Byłem w delegacji na pogrzeb księdza Jerzego. Uczestniczyłem w tej wielkiej, niesamowitej, wstrząsającej, duchowej manifestacji. Do dziś słyszę walenie własnego serca.

Życie w nowicjacie toczyło się jednak dalej. Mieliśmy czterodniowe rekolekcje, odbywane w zupełnym milczeniu. Spotkania z ojcem duchowym. Naukę medytacji. A także sprzątanie pomieszczeń, korytarzy, ulicy, parku, spotkania z młodzieżą, rajdy po pięknej ząbkowickiej ziemi. Codziennie była gra w piłkę nożną, w siatkówkę, koszykówkę, wycieczki rowerowe. Życie biegło bardzo szybko.

Ja już wcześniej upodobałem sobie modlitwę różańcową, więc codziennie medytowałem w ten sposób. Ale odczułem także potrzebę codziennej drogi krzyżowej. Te dwie formy modlitwy były dla mnie bardzo ważne, dawały mi energię do wzrastania. Nauczyłem się również medytacji Pisma Świętego według wskazań Ignacego Loyoli. Odczuwałem także przedziwny kontakt ze zmarłym klerykiem o moim nazwisku. Modliłem się bardzo dużo w jego intencji.

Obłóczyny, czyli wręczenie sutanny, odbywało się 8 grudnia, w święto maryjne. Uroczystość wspaniała, na którą zjechali się goście. Byli moi rodzice, bracia, bratowe, bratanice i mój ojciec chrzestny. Gdy po skończonych uroczystościach w kościele podszedłem do taty, to miał łzy w oczach. Pierwszy raz widziałem w jego oczach łzy. Całowałem w podzięce jego dłonie i dłonie mamy.

Czas płynął bardzo szybko. Co jakiś czas któryś z chłopaków odchodził. Na półrocze i na koniec roku dostaliśmy od naszego mistrza nowicjatu „laurki”, opinie, które trafiały do zarządu prowincjalnego. Także i po nich niektórzy wyjeżdżali do domu. W sumie we wrześniu do seminarium pojechało 39 kleryków nowicjuszy, a wśród nich byłem ja.

Rozpisałem się, toteż życie seminaryjne opiszę w następnym odcinku.

10 komentarzy do “MOJA DROGA DO ZAKONU – część 4 – nowicjat

  1. Przeczytałam dwa razy i pewnie jeszcze będę czytała. Wspaniała lektura. Czekam na dalszy ciąg Twej drogi życiowej. Dziękuję i pozdrawiam.

  2. Pawle wielki szacunek mam dla Ciebie.Bóg powołał i Bóg zmienił plany,Ja uwielbiam czytać opowieści Twego spotkania z Bogiem,wierzę że Duch Św.jest przy Tobie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.