Ikony światowej urody

Dawno, dawno temu, jeszcze w czasach głębokiego PRL, kiedy do epoki internetu brakowało kilkudziesięciu lat, a telewizja raczkowała, nadawała najpierw godzinę, dwie, potem kilka, była czarno-biała, oglądać w niej można było przede wszystkim seriale z krajów socjalistycznych, radzieckie, enerdowskie, filmy bułgarskie, rumuńskie, i to przeważnie wojenne, kiedy przede wszystkim słuchało się radia i czasami, raczej od  święta, chodziło się do kina, kiedy rarytasem była możliwość obejrzenia filmu z Zachodu, amerykańskiego westernu, włoskiego filmu obyczajowego o wielkiej miłości, czy nie tylko francuskiego filmu płaszcza i szpady, wtedy to, niejako w ramach rekompensaty, w modzie, czy w zwyczaju, jako hobby, było prowadzenie zeszytu, dużego, notatnika akademickiego, czyli formatu A4, czegoś w rodzaju albumu i wklejanie tam zdjęć i artykułów z wizerunkami gwiazd światowego kina, fotosów wyciętych z dostępnych, kolorowych gazet, czasopism. Przede wszystkim z gwiazdami kina. Na pewno wiele osób pamięta, wiele prowadziło takie albumy. Było to zajęcie bardziej popularne niż zbieranie znaczków, czy pocztówek. Też prowadziłem taki zeszyt, album z gwiazdami.

Królowały Amerykanki: Rita Hayworth, Liz Taylor, Marilyn Monroe i Włoszki: Gina Lollobrigida, Claudia Cardinale, Sofia Loren. Któż nie pamięta MM jako Sugar Kowalczyk z „Pół żartem, pół serio”, czy Elizabeth Taylor jako Kleopatry w światowej produkcji, w której grała wspólnie z Richardem Burtonem jako Markiem Antoniuszem. Marilyn Monroe, jej wdzięk i uroda, wyraźnie dowodziły, że mężczyźni wolą blondynki. Włoskie piękności, ich kształty i spojrzenia zdawały się mówić: „chyba żart” i bez cienia wątpliwości wskazywały na brunetki. Wspomniana Sofia Loren udowodniła zresztą, obalając przyjęte ogólnie mniemanie, udowodniła niezbicie, miażdżąc dzisiejsze wykreowane w mediach i podrasowane komputerowo tzw. celbrytki, wyginające się na ściankach jak koty na Słońcu, udowodniła to, że kobieta może być z wiekiem coraz piękniejsza, coraz atrakcyjniejsza … i metryka nie ma tu nic do rzeczy.

Nie możemy zapomnieć o Europejkach: Ursuli Andrews, pierwszej dziewczynie Bonda i Audrey Hepburn, grającej w „Rzymskich wakacjach”, „Wojnie i pokoju”, czy w najbardziej chyba kojarzonej roli Holly Golightly w „Śniadaniu u Tiffaniego” ozdobionym piękną muzyką Henry Manciniego z przebojem „Moon River”. Jej wizerunek do dzisiaj jest ikoną najwyższego lotu elegancji i wykorzystywany jest przez firmy różnych branż, w tym urządzania wnętrz, czy topowych zegarków jak szwajcarski Longines, do podkreślenia wyjątkowości oferowanych przedmiotów.

Kino oferowało miejsce także dla tzw. seks bomb jak Raquel Welch, czy Brigitte Bardot. Ich pojawienie to wyraźna cezura między „dawnym światem”, dotychczasowym kanonem urody i kobiecości, a nowoczesnością.

Osobnym zjawiskiem była Twiggy, angielska modelka, której popularność sięga lat 60. Wysmukła, przeraźliwie wręcz chuda, o chłopięcej twarzy, z fryzurką uczniaka, z dużymi, okrągłymi oczami. Zapoczątkowała erę wieszaków w świecie mody. „Mówi się”, że za dominacją tego typu urody na modowych wybiegach, na łamach kolorowych lifestylowych magazynów i szerzej w mediach, odpowiedzialni są kreatorzy mody, których inklinacje homoseksualne, czy biseksualne są tajemnicą poliszynela. Przekształcili kobiety w pięknych chłopców, bez naturalnych, kobiecych kształtów.

Lata 80. to Katherine Denevue, arystokratyczna klasyka bez skazy rodem z Francji. Wtedy wydawała mi się, jej twarz, rysy, fryzura, za absolutny szczyt piękna. Często przywołuje się naszą Beatę Tyszkiewicz jako przykład tego typu. A jednak … po latach patrzę na nią inaczej. Wydaje mi się posągowa, niedostępna, zimna, jak nie z tego świata. Jej doskonałość jest w jakimś sensie nieludzka. Ciepła jak irydowo-platynowy wzorzec metra w Sevres pod Paryżem.

I wreszcie ikony współczesności. Milla Jovovich z filmu „Piąty element”, czy Angelina Jolie jako Lara Croft w filmach, będących adaptacją gry komputerowej „Tomb Raider”. Powiem szczerze, że nie pociągają kreowane futurystyczne postacie, niemalże avatary, produkty, czy konstrukcje biotechnologii.

W opozycji do: z jednej strony nieskazitelnej doskonałości, z drugiej do futurystycznej „trzeciej płci”, są kobiety na pozór przeciętne, normalne, ale udekorowane jakąś cechą charakterystyczną, jakąś odmiennością, „niedoskonałością”, jakąś ozdobą, ozdobą przełamującą nudną, statyczną doskonałość. Może to być uśmiech, spojrzenie, pieprzyk, duże ładne oczy albo odwrotnie nieduże oczka jak drobne klejnoty ozdabiające pierścionki. Jednym słowem dziewczyny, jakie możemy spotkać na co dzień. To dziewczyny jak Andie MacDowell z „Cztery wesela i pogrzeb”, jak Helen Hunt z „Lepiej być nie może”, odgrywająca kelnerkę z życiowymi problemami, ale wyrozumiałą dla nie lubianego ogólnie pisarza-dziwaka (Jack Nickolson). To ruda i piegowata Juliane Moore. Kto zagrał w „Pretty woman”? Julia Roberts z za dużym nosem, i szerokimi ustami od ucha do ucha. Czy wreszcie to zapadająca w pamięć Claire Forlani z „Joe Black’a”.

I jeszcze muszę wspomnieć „Wichry namiętności” i Julię Ormond w roli Susannah Fincannon Ludlow, w której kochali się wszyscy trzej bracia, synowie pułkownika Ludlow, a ona chciała tylko Tristana. Przyznam, że to jeden z moich ulubionych filmów wszechczasów, z pierwszej trójki.

Obejrzałem jakiś czas temu, po wielu wielu latach „Rio Bravo”. Wspaniały film, z plejadą gwiazd, w tym z uwodzicielską Angie Dickinson jako Feathers zakochaną w niedostępnym szeryfie John T. Chance granym przez Johna Wayna. Myślę o niej czasami, tak jak o Faye Dunaway z „Bonnie and Clyde” i o wielu innych, niezapomnianych gwiazdach z dawnych lat …  postaciach z krwi i kości, pięknych, prawdziwych kobietach u boku szlachetnych bohaterów, walczących, żyjących w imię podstawowych zasad, takich jak prawda, wolność, niezależność, honor …

 

Maciek Świerczyński

marzec 2017 r.

12 komentarzy do “Ikony światowej urody

  1. Tak i było, kochaliśmy się w aktorach piosenkarzach,.Chodziliśmy do kina i kawiarni ,a życie nie było kolorowe,sami tworzyliśmy , lepszy iluzoryczny świat, dyskutowano wiele, życie było ,jakie było,ale była młodość i nadzieja na lepsze jutro,.. Dobrze tak powracać do wspomnień,..

  2. Super felieton wyszedł. Tak, album mam do tej pory;). I jeszcze każdy by pewnie jakieś nazwisko dorzucił. Ja pewnie Vivien Leigh

  3. Miło jest powspominać dawne czasy. Uważam, że najpiękniejszą kobietą dla mnie była M.. Monroe.Ikona piękności i seksu..Sofia Loren to inny typ urody. Bardziej wulgarny ale kobiecy. Udowodniła światu, że kobiety z wiekiem mogą być piękne i atrakcyjne. Osobiście ja też tak uważam. Wiek to tylko liczby.Bardzo lubiłam dawne kino. Pozdrawiam serdecznie

  4. Tak Vivien Leigh zasługuje jak najbardziej na wspomnienie. Jako Scarlett O’Hara z Clarkiem Gable w „Przeminęło z wiatrem” stanowiło wspaniałą parę. I te jej słowa: „Nie chcę o tym myśleć teraz. Pomyślę o tym jutro” …
    A na zdjęciu widzimy Olivię de Havilland. Zdjęcie z 1938 r. Pozdrawiam serdecznie 🙂

  5. To co było, było świetne i prawdziwe oraz bardzo w życiu miłe.Ja pamiętam np. do dzisiaj zdjęcie , które w zeszycie miałem jak MM na dachu się opalała. Tylko wtedy było szkoda , dlaczego na plecach nie leżała.

    • Tak, to prawda 🙂 Panie Janku, co do MM, to zdjęcie z wentylatorem w białej, szerokiej sukience albo z piersióweczką jako Sugar Kowalczyk z „Pół żartem, pół serio” też dobre

    • Pani Melanio, bardzo dziękuję za tak miłe słowa, postaramy się jeszcze coś ciekawego napisać … Melania, piękne, nietuzinkowe imię i bardzo pasuje do tych dobrych czasów, o których napisałem tych kilka wspomnieniowych refleksji, pozdrawiam serdecznie 🙂

  6. Jestem z tego pokolenia,ktore pamieta jeszcze te dobre czasy ,gdzie w kinach mozna bylo zobaczyc prawdziwe filmy z sensem bez przeklenstw i przemocy, z jakas fabula i gdzie doceniano prawdziwa kobiecosc.Mam to szczescie, ze zapisalam sie do przyjaciol starego kina i moge na biezaco ogladac stare filmy co sprawia mi przyjemnosc.Ciesze sie,ze sa jeszcze osoby,ktore wspominaja stare dobre czasy i doceniaja ich wartosc tak jak autor tego tekstu.Brawo.Pozdrawiam.

  7. Lubie klasyke i mniej siegam do nowosci . Lubie czytac Twoje artykuly Pawle bo zwracasz uwage na wiele elementow.
    Moze taki maly artykul o autorach z minionej epoki . Pozdrawiam serdecznie 🙂 .W nowoczesnym zestawieniu jest zbyt duzo agresji , stresu , napiecia , przemocy i zabijanie stalo sie blachostka z braku poszanowania dla zycia .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.