BYŁEM W ZAKONIE – życie w seminarium – cz. 6

Pierwsza część: http://zycienaplus.pl/2016/12/15/jak-wyruszylem-do-zakonu/

Druga część: http://zycienaplus.pl/2016/12/20/droga-do-zakonu/

Trzecia część: http://zycienaplus.pl/2017/01/06/moja-droga-zakonu-postulat/

Czwarta część: http://zycienaplus.pl/2017/02/06/moja-droga-zakonu-czesc-4-nowicjat/

Piąta część: http://zycienaplus.pl/2017/03/11/moja-droga-zakonu-czesc-5-studia-seminarium/

Oprócz nauki, w seminarium były jeszcze trzy inne filary – modlitwa, praca i twórczość. Wszystkie filary były bardzo ważne. Oczywiście modlitwa spajała wszystko, przynajmniej w moim przypadku, ale praca i twórczość miały również duże znaczenie.

Tu jest strona seminarium: http://www.wsdsac.pl/

Wstawaliśmy wcześnie, bo już po piątej. Gimnastyka poranna, toaleta i zejście do kościoła na modlitwy. Półgodzinne rozważanie rozpoczynało modlitwę, poprzedzone wezwaniem Ducha Świętego do rozpoznania wnętrza. Polegało to na tym, że czytałem fragment Pisma Świętego, przeważnie z Nowego Testamentu i medytowałem. Wchodziłem w ten tekst głęboko, odkrywając kolejne płaszczyzny. Robię tak do dziś codziennie. Najpierw wyobrażałem sobie całą sytuację, starałem się ją uzmysłowić. Następnie wchodziłem w przestrzeń znaczenia symbolicznego, a więc tego, co jest w tym fragmencie ponadczasowe, co jest przekazywane. Później odnosiłem to do siebie, a na koniec czyniłem postanowienie na cały dzień. Do tego postanowienia odwoływałem się przy wieczornym rachunku sumienia. Ten schemat pozostał we mnie przez ponad 30 lat do chwili obecnej.

Po indywidualnej medytacji była wspólna msza święta, a następnie wspólne modlitwy pallotyńskie. Potem biegliśmy na śniadanie do refektarza. Tam zasiadaliśmy przy długich stołach i czekaliśmy aż portatorzy (klerycy dyżurujący) rozniosą strawę. Przy stołach toczyły się debaty i rozmowy, jedynie w czasie rekolekcji spożywaliśmy w milczeniu.

Po śniadaniu było jeszcze pół godziny na oficjum, a więc ogarnięcie wyznaczonego do zadbania o czystość miejsca, m.in. korytarze, łazienki, alejki, sale wykładowe… a cały nasz wielki seminaryjny dom z przyległościami. Z tym wiążą się zabawne historie. Oficjum wyznaczano co trzy miesiące inne. Pewnego razu przypadło mi sprzątanie łazienek na pierwszym piętrze przy salach wykładowych. Starałem się jak mogłem. Ale zapchała się jedna toaleta, więc ją zamknąłem na klucz i napisałem „Nieczynne”. Z drugą uczyniłem podobnie, gdy się zapchała. A jak zrobiłem to z trzecią, ostatnią, to spotkał mnie ze strony szefa seminaryjnego (nazywanego dziekanem) opieprz. Bo te toalety były w newralgicznym punkcie, przy salach wykładowych, więc miały duże powodzenie.

No to, jak zauważono, że ja do takiego sprzątania się nie nadaję, przeniesiono mnie do korytarza koło rektoratu (długość z 50 metrów). Byłem wyznaczony razem z kolegą z czwartego roku. Zakupili akurat nowy chodnik, taki długi i kazali nam przytwierdzić go do podłogi (były piękne klepki). Wzięliśmy więc z kolegą młotki i gwoździe, i posuwając sią na kolanach, tyłem przybijaliśmy chodnik. Po kilku metrach okazało się, że weszliśmy na ścianę, bo chodnik nam zakręcał. Klerycy, którzy przechodzili obok, śmiali się, że taki innowerek zrobiliśmy. No to się okazało, że trudno jest przypisać mi jakieś oficjum.

Wtedy zostałem redaktorem naszego seminaryjnego czasopisma „Nasz Prąd”, miesięcznika, który wydawaliśmy w kilkudziesięciu egzemplarzach. Pismo było do użytku wewnętrznego, poza cenzurą państwową, a był to rok 1985. Mogliśmy więc pisać swobodnie. Przez jakiś czas byłem nawet naczelnym redaktorem tego pisma. Tu zdobywałem pierwsze szlify redaktorskie. A dzięki temu nie musiałem już sprzątać.

Wracając do tematu. Po oficjum, od godziny ósmej do trzynastej były wykłady. Po nich wspólne modlitwy w kościele, a następnie obiad. I znów, jak przy śniadaniu, rozmowy i dysputy. Zbierano chętnych do piłki nożnej na duże i małe boisko, do siatkówki, tenisa, koszykówki… mieliśmy obiekty sportowe. Po obiedzie był bowiem czas rekreacji (trzy godziny). Można było spacerować, uprawiać sport, jeździć rowerem lub robić co się komu podoba.

Po rekreacji do dziewiętnastej odbywało się studium, a więc nauka własna. Po czym znów wspólnotowe modlitwy i kolacja. Po kolacji można było oglądać telewizję (nie oglądałem, bo nic w niej nie było ciekawego, podobnie jak i teraz, chociaż jest znacznie więcej programów), czytać, uczyć się, spotykać i rozmawiać, pisać listy. Ja bardzo dużo czytałem i pisałem listy. Tworzyłem artykuły do naszego czasopisma, byłem też zatrudniony w jeszcze jednym czasopiśmie „Wiadomościach Prowincjalnych”, więc pracy było dużo. A przy tym prowadziłem rozległą korespondencję ze znajomymi czy rodzicami. O dwudziestej drugiej szliśmy spać.

W międzyczasie medytowałem różaniec i odprawiałem drogę krzyżową.

W dniu czyichś imienin szliśmy z prezentami, świętowaliśmy przy ciastkach, kawie i herbacie. Wolne mieliśmy czwartki, natomiast w sobotę były wykłady. W czwartki często jeździłem do Warszawy, do biblioteki, kina, teatru, kawiarni… lubiłem (i do dziś lubię) siedzieć w kawiarni i obserwować przebywających tam ludzi.

Organizowaliśmy sobie także wspólne rajdy, wycieczki, a przede wszystkim kabarety. Uwielbiałem grać w tych ostatnich. Kabaret to była moja pasja.

Raz w tygodniu byliśmy wyznaczani do prac ogrodowych lub porządkowych. Mnie jednak z takich prac zwolniono, ponieważ na drugim roku z moim kolegą Sławkiem Bajewem (teraz jest dziennikarzem w poznańskim Radio Merkury) napisaliśmy sztukę – misterium męki pańskiej. Była taka tradycja w seminarium, że na scenie teatralnej od lat takie misterium wystawiano.

Tu jest link do obecnej sztuki: http://www.wsdsac.pl/2017/03/10/jezus-zrodlo-zycia-po-raz-pierwszy/

Mieliśmy dużą salę, jednorazowo mieściło się w niej ośmiustet widzów. W całym sezonie nasze spektakle oglądało ponad dziesięć tysięcy osób. Napisaliśmy zatem wspólnie scenariusz i wyreżyserowaliśmy sztukę. Ja zagrałem w niej Judasza. Na trzecim roku sam napisałem i sam reżyserowałem. Sztuka teatralna była zawsze tym, co szalenie mnie pociągało i tak jest do dziś. W tej drugiej mojej sztuce wielką rolę Pana Jezusa zagrał mój przyjaciel, Krzyś Marcyński (jest obecnie księdzem, kaznodzieją, wykładowcą uniwersyteckim). Cóż, kiedyś ksiądz, który uczył u nas homiletyki (sztuka mówienia kazań) typował nas dwóch na dobrych kaznodziejów. Krzysiu nim został, a ja prowadzę teraz blog.

Wiele jeszcze niesamowitych wydarzeń miało miejsce w seminarium. Nie sposób tu o wszystkich wspomnieć. Były ślubowania, święcenia diakonatu i kapłańskie, spotkania z ojcem duchownym, konferencje… to był niesamowity czas, kiedy oddychałem całym sobą. To był czas, który ukształtował mnie i moją przyszłość. Wielu z odchodzących z seminarium alumnów przeklinało to miejsce lub wyrażało swoją gorycz. Ja zawsze twierdzę, że był to piękny czas w moim życiu, który spożytkowałem w miarę dobrze. Był to czas duchowego rozwoju i poznawania ludzi. Uczenia się modlitwy i wspólnej pracy.

I tyle… w następnym odcinku opowiem o tym, co się stało, że odszedłem z zakonu.

6 komentarzy do “BYŁEM W ZAKONIE – życie w seminarium – cz. 6

  1. Bardzo dziekuje-czytałam bez oddychania bo kolejny artykuł jak wszystkie inne bardzo ciekawy!
    Czekam na dalsza koncowa czesc?

  2. Pawle!
    Bardzo pieknie napisane wszystkie dotychczas
    Udostępnione części.
    Czytałam jak Twoją biografię.
    Slowa proste ale bardzo delikatne, nie pokazujesz zadnych zlych emocji.
    Naprawdę chylę czoła przed Tobą , jesteś Mistrzem w tym co piszesz.

  3. Gdy czytam Twoją opowieść, to później rozmyślam o swoim życiu, o decyzjach, błędach… o radosnych chwilach też 🙂
    Jak ważni są ludzie, których spotykamy w swoim życiu… ”Ludzie są jak wiatr. Jedni lekko przelecą przez życie i nic po nich nie zostaje, drudzy dmą jak wichry, więc zostają po nich serca złamane, jak jakieś drzewa po huraganie. A inni wieją jak trzeba. Tyle, żeby wszystko na czas mogło kwitnąć i owocować. I po tych zostaje piękno naszego świata”… .
    Tak sobie myślę, że ” wiejesz jak trzeba ” 🙂 i czekam na kolejną część.
    Pozdrawiam serdecznie. 🙂

  4. Pawle ja dalej bardziej widzę Ciebie w zakonie niż w życiu świeckim,pewnie mało Cię znam,jednak szanuję Twój wybór
    z wielkim zainteresowaniem czytam właśnie te decyzje,ale czekam na Twoje refleksje po zakończeniu tego tematu,pozdrawiam.

    • Disiu, cały czas staram się przekazywać te refleksje… gdy odszedłem, nigdy nie żałowałem. Nie dlatego że było mi w zakonie źle, ale dlatego że w życiu rodzinnym było mi dobrze… Zakon to dla mnie czas wewnętrznego rozwoju 🙂 a czy byłbym dobrym kapłanem? Nie wiem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.