Moje odejście z zakonu – część 7

Pierwsza część: http://zycienaplus.pl/2016/12/15/jak-wyruszylem-do-zakonu/

Druga część: http://zycienaplus.pl/2016/12/20/droga-do-zakonu/

Trzecia część: http://zycienaplus.pl/2017/01/06/moja-droga-zakonu-postulat/

Czwarta część: http://zycienaplus.pl/2017/02/06/moja-droga-zakonu-czesc-4-nowicjat/

Piąta część: http://zycienaplus.pl/2017/03/11/moja-droga-zakonu-czesc-5-studia-seminarium/

Szósta część: http://zycienaplus.pl/2017/03/18/bylem-zakonie-zycie-seminarium/

W zakonie spędziłem pełne cztery lata. Brakowało mi jeszcze trzech do święceń kapłańskich. To był czas rozwoju, ale i namysłu, wzrostu, ale i decyzji. Nigdy nie żałowałem tego wspaniałego czasu spędzonego u Księży Pallotynów. To było niesamowite doświadczenie. Jednak Pan Bóg chciał inaczej…

Był rok 1988, a więc drugi semestr trzeciego roku seminaryjnego. Sam początek. Przygotowywałem Misterium Męki Pańskiej, które sam napisałem i miałem reżyserować. Ale wtedy w seminarium powstał jakiś sprzeciw wobec wystawiania misterium. Pojawiła się propozycja wystawienia poprzedniej sztuki jesiennej. Zrobiono głosowanie. Wygrało moje misterium. Wokół mnie zaczęły się dziać dziwne, dla mnie przykre sprawy, o których nie miałem wówczas pojęcia. Ja zawsze jakoś byłem (ale jestem do dziś) ponad opiniami na mój temat, ponad kopaniem dołów pode mną. Wiele osób odmówiło mi wzięcia udziału w przedstawieniu, ale wiele było po mojej stronie i zaangażowało się całym sercem. Później dopiero usłyszałem głosy, że nie wierzono, że ja dopnę swego… a dopiąłem, sztukę obejrzało wtedy ponad 10 tysięcy pielgrzymów przybywających do Ołtarzewa.

Jednak na mnie zaczęły spadać przeróżne dolegliwości. Myślałem, że to przypadek, jestem ufny w człowieka… ale po czasie okazało się, że są ludzie i ludziska, że zazdrość może pojawić się nawet w zakonie. Przede mną pojawiło się coraz więcej przeszkód, zabierano mi wszystkie funkcje, które dotychczas pełniłem. W pewnym sensie zdegradowano mnie. Wtedy nie rozumiałem tego, ale czułem gorycz, żal… Dopiero po latach doświadczyłem tego, że człowiek człowiekowi może być wilkiem. Ale to jedno źródło moich duchowych rozterek, może wcale nie najważniejsze.

Druga sprawa, że już wcześniej, może nawet od roku, moje myśli bujały się wokół rodziny. Myślałem o tym, że nie będę miał dzieci. Jak widziałem rodziny z dziećmi, to czułem w sobie ból i pustkę zarazem. Brakowało mi uczucia… możliwości dawania uczucia i brania. Trudno mi jest to opisać słowami, bo byłem blisko Pana Boga. Niby nic mi nie brakowało. Ale jednak odczuwałem potrzebę rodziny. Dyskutowałem nawet z Panem Bogiem, a nasze rozmowy bywały burzliwe. To był główny powód mojej decyzji o odejściu z zakonu.

Po skończonym misterium, od Świąt Wielkanocnych, coś się we mnie zaczęło wypalać. Kończyć, w taki bardzo dynamiczny sposób. Przestałem widzieć siebie jako kapłana, za ołtarzem. Przestawałem coraz bardziej czuć potrzebę bycia w zakonie, pragnąłem rodziny. I moje pragnienie miało się wkrótce spełnić. Przekonałem chyba Pana Boga, że samotność nie jest dla mnie. W końcu mam troje dzieci, dwóch synów i córkę .

Otóż po skończonej sesji egzaminacyjnej przydzielano nam wakacyjne praktyki. Grupa teatralna z jesiennego przedstawienia pojechać miała w nagrodę do Paryża, a ja zostałem „zesłany”, niejako „za karę” na wieś, na młodzieżową oazę jako kleryk pomagający księdzu. Przyjąłem to z radością, ponieważ lubiłem zawsze (i do dziś lubię) pracę z dziećmi i młodzieżą. I pod koniec czerwca pojechałem do Wólki Mlądzkiej niedaleko Warszawy.

Moja przyszła żona „wpadła” mi poprzez oczy do serca od pierwszej chwili, gdy ją ujrzałem. Nie dałem jednak zupełnie po sobie tego poznać.

Równo po dwudziestu czterech latach od tego pierwszego spotkania wzięła ze mną rozwód. Ta sama data.

Zresztą okazało się, że na oazę przyjechała ze swoim chłopakiem. Była animatorką, miała skończone dopiero co osiemnaście lat. Byłem więc pięć lat starszy.

Wytrzymałem tydzień. A potem, tak między wierszami, jakoś dałem jej znać, że moje serce…

Ona to odczytała natychmiast. Zauroczyła się. Poszliśmy na spacer. Rozmawialiśmy. Poczuliśmy do siebie to coś. Tego nie da się opisać słowami. To była tak silna nić…

Następny tydzień mijał szybko. Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu. Pragnęliśmy siebie. Czuliśmy niesamowitą bliskość.

W pewnym sensie już wtedy zerwała ze swoim chłopakiem. Definitywnie później. Ale ja w to wszedłem. To ja byłem przyczyną. I dlatego, niejako za pokutę, niosłem go potem na ramionach jak krzyż, bo byłem często porównywany do niego pod każdym względem. A zawsze on był lepszy. Tak było przez wiele lat małżeństwa. On był moim cieniem. To była moja tragedia. Ale sam byłem sobie winien. Nigdy nie wolno wchodzić w miłość dwojga. Nie wolno jej naruszać.

A gdy oaza dobiegła do końca, rozstawaliśmy się na całe życie z wielkim płaczem. Ona przeżywała to rozstanie bardzo. Ja nie umiałem sobie znaleźć miejsca. Miałem świadomość, że doprowadziłem do czegoś złego. A z drugiej strony czułem miłość…

Mimo że miało być rozstanie na całe życie, nie wytrzymaliśmy. Spotkaliśmy się. Spędziliśmy parę dni ze sobą. Bujaliśmy się w niebycie, w cierpieniu, w bólu i łzach. I znów rozstanie na całe życie.

I tak mijał dzień za dniem. Kłóciłem się z Panem Bogiem. Starałem się wytrzymać w oddaleniu. Ale się nie dawało. Znów telefon, list i spotkanie. I znów rozstanie na całe życie, i znów łzy.

Taka sytuacja trwała nieco ponad trzy miesiące. Czułem się tragicznie. Nie byłem ani w seminarium, ani nie byłem z nią. Nie potrafiłem jednak zdobyć się na decyzję. Coraz bardziej we mnie wzbierała chęć odejścia, ale ja nie potrafiłem tego dokonać. Ona też tragicznie przeżywała naszą miłość. Była wtedy w klasie maturalnej.

W drugiej połowie października opowiedziałem trochę o tej sytuacji mojemu dobremu przyjacielowi, Stasiowi Krajewskiemu (jest od wielu lat na misjach w Brazylii, a chrzcił dwoje moich dzieci). On, jako że chłopak konkretny powiedział: „Paweł, wóz albo przewóz. Nie możesz tak się bawić. Musisz zdecydować”. Wtedy mu odpowiedziałem: „A więc odchodzę”. I w jednej chwili wiedziałem, że życie to nie zabawa, że trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny i słowa, za swoje uczucia, za uczucia innych.

Umówiłem się z nią w Warszawie. Szliśmy przez Ogród Saski od strony Marszałkowskiej do Grobu Nieznanego Żołnierza. Szurając liśćmi. I w pewnym momencie powiedziałem: „Wiesz co, ja nie oddam ci tej książki (pożyczyła mi książkę wcześniej), bo może ustawimy ją na wspólnej półce z książkami. Ochodzę z seminarium. Będziemy razem”.

Od tej pory minęło prawie trzydzieści lat. Nigdy nie żałowałem tej decyzji.

11 komentarzy do “Moje odejście z zakonu – część 7

  1. Dla mnie jest to pieknie opisana historia milosna-mysle ze Ty nie jestes jedynym który bedac w zakonie tak postapił?
    Musiało byc cos nie tak ze jednak mimo prób-mimo swego zaparcia zdecydowałes sie na załozenie rodziny!
    A tak na marginesie dla mnie ksieza -zakonnicy winni zakładac normalne rodziny i zyc normalnie.
    Celibat winien byc zniesiony!
    Bardzo dziekuje za wszystkie 7 czesci:)

  2. Miłość i dwoje ludzi, ksiądz powinien się żenić i mieć rodzinę, wtedy może coś na ten temat mówić. Zakochałeś się i wybrałeś miłość. Życzę wszystkiego najlepszego. Dla mnie ksiądz to facet, który wykonuje swój wybrany zawód. A co do reszty to nie postępują tak jak mówi pismo święte i dlatego nie mam dla nich szacunku, nie wkładam wszystkich do jednego worka. Są wyjątki z powołania.

  3. „Nigdy nie żałowałem tej decyzji”tak kończysz i dobrze,ale uskarżasz się na dziwne sprawy,zazdrości i zesłania na oazę,a może to była nauka pokory,konieczna w życiu,zamykasz pewien okres i wchodzisz szybko w inny,piszesz o krzyżu,przecież każdy go ma na życie i powinien nieść z pokorą i odpowiedzialność za bliskich.W zaufaniu (dlatego nie piszę kto) matka rozmawiała ze mną i mówiła o podobnej sytuacji syn po pierwszych święceniach wystąpił zakochał się urodził się syn,rodzina pomogła,Żona skończyła studia,pracowała ,On również,chłopiec miał 17 lat w czasie naszej rozmowy.Synowa zapytana powiedziała, że ani Pan Bóg nie ma pożytku,ani rodzina,zapytała również syna czy dobrą podjął decyzję,odpowiedział „Mamo nie pytaj”.
    Czy nie warto czasem przeczekać”dać czasowi czas”,odbudować,wybaczyć,stanąć obok,a nie zaraz na nowo budować życie na lotnych piaskach?Pozdrawiam i czekałam na ten wpis,życzę spokojnych Świąt Zmartwychwstania
    i naszego z Bogiem spotkania.
    Golgoto

    Golgoto
    góro spełnienia
    przez zdradę,
    grzech,
    opuszczenie

    byłeś miejscem śmierci.
    zawisłeś Jezu
    między niebem i ziemią
    przybity do krzyża
    dla zbawienia świata
    za mnie,
    za ciebie,
    za nas

    czym dla nas dzisiaj jesteś?

    golgoto

    • Disiu, odpowiem tak: miałem wspaniałego, świętego kolegę w seminarium… chłopak pod każdym względem świetny. Został kapłanem, na KUL zrobił doktorat z psychologii, załozył poradnictwo rodzinne, bardzo je rozwinął, zatrudniali kilkanaście osób… pojawiał się w telewizji, w internecie, doradzał małżeństwom… święty kapłan… kilka dni temu dowiedziałem się, że w lipcu zeszłego roku wyżenił się… po prostu odszedł z kapłaństwa i ma żonę… chciał widocznie mieć rodzinę… uczucia… nie wiem… nie oceniam tego, ale rozumiem jaki ból w tym wszystkim musi przeżywać po 25 latach kapłaństwa…
      Ja odszedłem po 4 latach seminarium, po 4 wspaniałych latach duchowego wzrostu i rozwoju. Jestem wdzięczny, nigdy nie narzekałem, ale i nigdy nie wracałem myślą, że mogłem zostać kapłanem. Zakon ustawił mnie na życie duchowo, to było moje powołanie… nie skarżę się na nic… seminarium wspominam wspaniale… ale wiem, że są ludzie i ludziska 🙂

    • droga disiu nie chcę krytykować Twojego zdania każdy z nas ma prawo do własnego , przytaczasz przykład matki która za wszelką cenę chciała mieć w osobie syna – KSIĘDZA a czy on tak do końca czuł powołanie kapłańskie ???? 🙂 ja jednak uważam że dobrze zrobił nie oszukując ani siebie a tym bardziej Pana Boga …… Pan Bóg jest mądry i sprawiedliwy więc uznał że jego misja jest gdzieś w innym miejscu i zadanie do wykonania zdrowych radosnych Świąt Wielkiej Nocy Danuta

  4. Pawle chyba mnie nie zrozumiałeś, przed ostatnimi święceniami jest czas na decyzję i to kształtowanie duchowe u Ciebie widać po spojrzeniu na życie i wypowiedziach.Nie ukrywam,że Cie polubiłam i cenię jako dobrego człowieka nasze długie rozmowy,dały mi takie spojrzenie,cieszę się,że znalazłeś szczęście,oby nie było zachwiane,ale tego nikt nie może zaplanować.Wiosna niesie radość życia i takiej życzę Tobie i Dzieciom.Ja Święta spędzę z grypą wspominasz o wizycie w Szczecie tam mam Dzieci i zaproszenie,ale niestety odległość..Pozdrawiam.

  5. Ja mam takie pytanie bo opisuje Pan , ze żona odeszła po wielu latach małżeństwa -czy odeszła do tego chłopaka z którym byla przed Panem ? Jeśli tak to on tez odszedł ze swojej rodziny dla niej ?

  6. Drogi Pawle! Kolejna część Twojego życia, bardzo delikatnie opisana, ledwie musnieta piórem. Chociaż tak naprawdę ten czas nie był czasem spokojnym, w Twojej głowie kłebiły się mysli, którą miłość wybrać, ktore uczucie jest ważniejsze, dokonales wyboru , chyba trafnego bo jesteś szczęśliwym czlowiekiem.
    Natomiast zdobyte doświadczenie pozwala Ci spojrzeć na wiele zagadnień z innego punktu widzenia.Dlatego wszystkie poruszane przez Ciebie tematy są tak bardzo wartosciowe i trafiają do czytelnika.

  7. Drogi Pawle wszystkie tematy ktore poruszasz sa bardzo watosciowe.Dobrze ze odnalazles swoje szczescie,oby nastale.Jestes bardzo wartosciowym .I zaslugujesz na wspaniale zycie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.