WIELKI PIĄTEK – nasza odwaga

Kończy się życie. Bo ziemskie życie dobiega kresu. Jedni wierzą w zmartwychwstanie, a inni nie wierzą. Dla jednych jest nadzieja, dla innych tylko realna śmierć. Jedni idą na grób najbliższych, bo czują potrzebę, bo chcą z nimi pogadać, a inni nie idą, bo wierzą w śmierć i materię.

Myślę, że w naszym życiu nie wiara w to, czy tamto jest ważna. Istotna jest odwaga w świadczeniu dobra. W dawaniu dobra słowem i czynem. W ostatecznym rozrachunku tylko to się liczy. Byłeś dobry – idź na prawo. Nie byłeś dobry – idź na lewo. Sprawiedliwość musi być. Tylko czy jest sprawiedliwość miłosierna? Czy może miłosierdzie sprawiedliwe? Tego nie wiemy.

Droga krzyżowa, szczególnie ta wielkopiątkowa, jest dla mnie chwilą bardzo głębokiej wewnętrznej refleksji. Każda kolejna stacja wstrząsa mną do trzewi. Ale najbardziej – od zawsze – budzi się we mnie myśl przy Weronice, która miała odwagę wyjść z tłumu i obetrzeć twarz człowiekowi niosącemu ciężki krzyż. Żołnierze nie reagowali, bo Weronika zło dobrem zwyciężała.

Mieć odwagę świadczyć dobro, słowami i uczynkami, mimo zła, mimo przykrości, mimo łez, mimo bólu… być dobrym.

3 komentarze do “WIELKI PIĄTEK – nasza odwaga

  1. Wyobraźmy sobie jaką miłość musiał mieć Chrystus umierając za każdego z nas. Czy ktoś z nas byłby w stanie umrzeć za wszystkich swoich nieprzyjaciół? Podejrzewam, że nie. Starajmy się zatem, aby dobrze przeżyć ten czas, czas pokuty i nawrócenia. Pamiętajmy o sensie tych uroczystości i o ich znaczeniu dla naszego zbawienia. Króluj nam Chryste!

  2. Takie było Twoje ukrzyżowanie, Boże.

    Takie było Twoje ukrzyżowanie, Boże,
    Chociaż na pewno odbyło się ono inaczej,
    Niż ja to opisałem niezdarnym piórem.
    Jak trudno opisać Twoją śmierć, Boże. Jak trudno.
    Nie jestem Adamem od Świętego Wiktora.
    Ale to jeszcze nie wszystko. Jest między
    Nami sprawa, którą muszę ujawnić,
    Aby ujawnione zostały wszystkie przyczyny
    Twojego męczeństwa. Brak wśród nich
    Mojego grzechu. Grzechu nie popełnionego.
    Chociaż nie byłem pięciopalcą dłonią sługi Annasza,
    Chociaż nie narzuciłem na Twoje ramiona
    Szkarłatnego płaszcza, a w ręce Twoje
    Nie wetknąłem bambusowej trzciny,
    Chociaż nie byłem wśród gawiedzi,
    Która domagała się Twojej śmierci –
    Ale moja nieobecność była tylko pozorna.
    Urodziłem się dwa tysiące lat później.
    Gdybym żył za Twoich czasów, w Jerozolimie,
    Na pewno bym wołał:
    „Krew Jego na nas i na syny nasze!”
    I krzyczał:
    „Zstąp z krzyża!”
    A potem wróciłbym, Boże, do domu,
    do domu mojej beznadziejności,
    Dźwigając na ramionach Twoją wełnianą szatę,
    Której jakość badałem palcami.
    Ta możliwość grzechu męczy mnie i upokarza.
    Albowiem dobrze znam siebie.
    Nie odważyłbym się krzyczeć w Twojej obronie
    Ani głośno sprzeciwiać się wyrokowi.
    Jestem małym człowiekiem, po trochu tchórzem,
    Po trochu egoistą, po trochu drwiącym łotrem,
    Który woli żyć wśród cielców, przeżuwających pustynię,
    Niż umrzeć za samotną prawdę.

    Dlatego przebacz mi tę moją bolesną świadomość,
    Dlatego przebacz mi tę gorzką możliwość,
    Tę jeszcze jedną przyczynę Twojej śmierci,
    Tę przyczynę, o której Ewangeliści zapomnieli,
    Tę przyczynę, o której Ewangeliści nie piszą,
    Tę przyczynę, o której Ewangeliści milczą.

    Przebacz mi, Boże, grzech nie popełniony.

    Roman Brandstaetter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.