Zduńska Wola w obrazach mojego brata Zbyszka

„Jest miasteczko ponad rzeczką,

sympatyczne dość miasteczko…”

 

Tym miasteczkiem jest (trzeba rozwiązać rebus-zagadkę):

Z (korona ……=0,56 PLN) – Bądź …. Twoja

 

A rzeczka to Pisia – zgadza się?

Chcę Wam opisać to sympatyczne miejsce – miejsce, gdzie się urodziłem i do dziś mieszkam. Będzie to obraz, który pamiętam, i który sobie przypominam sprzed 60 lat… opowiem o latach 50. XX wieku.

Wspomnienia te są bardzo subiektywne, jeśli coś przeinaczę, to proszę o skorygowanie.

Zduńska Wola usytuowana była (jest) na planie zakrzywionego krzyża. Oś południe-północ tworzyły i tworzą ulice: Złota, Kościelna, wschodnia pierzeja Placu Wolności, Juliusza (Nowotki), Szadkowska. Oś zachód-wschód natomiast ulice: Sieradzka, Plac Wolności, Łaska. Z lotu ptaka ten układ architektoniczny może przypominać dwułapnego smoka z trójpaszczastą głową – ulice: Szadkowska, Opiesińska, Ogrodowa (Buczka).

Opowiem Wam o mojej ulicy Nowotki (Juliusza) i moim domu – Nowotki 27. To tu przyszedłem na świat (nie w porodówce) w zimny marcowy poranek 1950 roku.

Patronkami moich urodzin były, że tylko wymienię niektóre: Helena – córka Zeusa i Ledy, nienarodzona, ale wykluta z jaja, intrygantka, która doprowadziła do wojny trojańskiej; Helena Modrzejewska – wielka diva światowych scen teatralnych; Helena Choińska – siostra mojej mamy, a moja matka chrzestna – dobra, ciepła kobieta.

Dom na Juliusza 27 (stoi do dziś) to przedwojenna, dwupiętrowa kamienica, którą wówczas zamieszkiwało osiem rodzin. Patrząc z perspektywy czasu, odnoszę wrażenie, że bardzo zintegrowanych i zżytych ze sobą.

My, Rudnikowie, mieszkaliśmy na drugim piętrze vis a vis Państwa Bilewskich. Mieszkanie nasze składało się z dwóch pokojów w amfiladzie. Pamiętam małe okna na wysokości kolan (z perspektywy pięciolatka), skąd miałem widok na kominy okolicznych fabryk: na Opiesińskiej, Fabrycznej czy Dąbrowskiego.

Na parterze mieszkali Państwo Skotowscy. On – mistrz szewski przez duże M. Buty szyte przez niego dla mojego taty musiały skrzypieć, gdy chodził – taki szpan. Mieli bardzo wysokie mieszkanie, mimo to choinka na święta sięgała sufitu. Dla nas, dzieci z kamienicy były frajdą wieczory, gdy Pan Skotowski „robił kino”. Miał projektor, chyba „Bajka” i puszczał statyczne filmy-bajki.

W naszej klatce mieszkali jeszcze Państwo Szymańscy – mieli kilkoro fajnych chłopaków i piękne córki.

Dom nie był skanalizowany, ubikacja była na podwórku. Wodę nosiło się z pompy przy ulicy Fabrycznej, a do prania „miękką wodę” z „Wełny” na ulicy Szadkowskiej.

Przy kamienicy lokatorzy uprawiali nieduże ogródki. Mama siała warzywa, które latem i jesienią wykorzystywane były do spożycia.

Jako plac zabaw mieliśmy wąskie podwórko, gdzie szalało się w klipę, klasy, kozika albo ulicę.

Ulica Juliusza miała lekki spadek, dlatego po burzy i ulewie puszczaliśmy okręciki w rynsztoku.

Zimą zaś była sanna i kuligi (pojazdów mechanicznych prawie nie było). Gdy przejeżdżała furmanka, podczepialiśmy sanki i robiliśmy kulig.

Do 1956 roku nie było elektryczności. W domu korzystaliśmy z lamp naftowych. Po naftę chodziliśmy na Plac Wolności do CPN z litrowymi butelkami. Nie było prądu, więc mieliśmy żelazko „na duszę”, którą rozgrzewało się do czerwoności w piecu. A mama, jak chciała sobie rozbić ondulację, to miała rurki i papiloty.

 

Oj, można by z tego książkę napisać, ale pozostańmy, póki co, na tym. Jeszcze tu będziemy wracali.

 

Zbyszek Rudnik

7 komentarzy do “Zduńska Wola w obrazach mojego brata Zbyszka

  1. Z przyjemnością przeczytałam obraz Zduńskiej Woli……jakże podobny do mojego małego miasteczka blisko granicy z Niemcami……moi Rodzice Osadnicy z Lubelszczyzny …..przyjechali do tego małego miasteczka tuż po wojnie……jako dziecko urodzone już tu na Zachodzie – słuchałam opowieści o wojennych losach moich Rodziców i Sąsiadów…
    Takie spotkania były frajdą dla nas dzieci – brak telewizora- sprzyjała wizytom Sąsiadów…..przy szklance – herbaty i cieście drożdżowym ……. słuchaliśmy długich opowieści dorosłych…..z szeroko otwartymi oczami ……ach te czasy minęły….zostały tylko wspomnienia…… dzisiejsze czasy są inne od tych naszych z lat dziecięcych…,.,.,bez wygód…bez tak szybko zmieniającej się techniki..wyrośliśmy na ludzi…. Dziś nie ma już takich sąsiedzkich spotkań…..,każdy żyje swoim życiem…..tempo życia i biegnących dni jest dalekie od tych z lat dziecięcych…..Dziękuje serdecznie za ten tekst…przywołał on moje wspomnienia…o moim Rodzinnym domu… o Rodzicach i Rodzeństwie a także o moich wspaniałych sąsiadach…..,pozdrawiam Obu Panów

  2. Bardzo dziękuję za te wspomnienia. Wzruszyłam się. Znam tę ulicę i ten dom choć nigdy tam nie mieszkałam. Lubię moją Zduńską Wolę. Pozdrawiam i czekam na jeszcze.

  3. Pawle i Zbyszku nigdy nie bylam w Zdunskiej Woli, mieszkam na Dolnym Śląsku.
    Ta opowieść jest taka piękna, tak szczegolowo przedstawione detale z lat 50 XX wieku, ze pozwoliło mi zobaczyc te stare ulice, te biegajace radosne dzieci, bawiące się czym kolwiek.
    Zobaczylam też Wasz rodzinny dom, ktory ma dla Was duze znaczenie.
    Moim zdaniem opowiesci Zbyszka winny być spisane przez Pawła dla następnych pokoleń.

  4. Też urodzilam się na ulicy Nowotki 18.i mieszkalam tam 20 lat.Do dziś z sentymentem wspominam tamte chwile.Jadąc obecnie ulicą Juliusza nie omieszkam spojrzeć w okna mojego mieszkania i na podwórko/ dziś tak puste,.Po bez dziecięcego gwaru/ Pozdrawiam dawnych sąsiadów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.