Rekreacja w Zduńskiej Woli: lata 50. XX wieku – opowieści mojego brata Zbyszka

Lato to przede wszystkim wakacje, ale prawdziwe lato napowietrzne zaczynało się wtedy już pod koniec maja i trwało nieprzerwanie do początków września. Oczywiście, zdarzały się dni pochmurne, burze z deszczem, ale to były przerywniki, które pozwalały odetchnąć od upałów, a potem znów trwał festiwal lata. Nie to co obecnie – huśtawka aury, raz upał, a na drugi dzień chłodno. Powiem tak: wówczas lato to było lato.

A co latem było najbardziej pożądane?

Wiadomo – kąpiele, no, w ogóle woda, bycie nad wodą. A mimo że Zduńska Wola nie leży nad żadną rzeką – do najbliższej jest 12 km – to nie brakowało w mieście i okolicach dzikich kąpielisk w postaci różnych akwenów wodnych, odwiedzanych licznie przez mieszkańców.

Z ul. Nowotki (Juliusza) najbliżej miałem do parku. Tam można było zażywać kąpieli w tylnym stawie. Dno miało lekki spadek, tak że z jednej strony było stosunkowo głęboko, a z drugiej dość płytko. Dookoła staw obłożony był betonowymi płytami, a schodziło się do wody po schodkach. W upalne dni relaksowało się w tym miejscu bardzo dużo osób.

Drugim miejscem był tzw. tzw. Dołek – staw na ul. Opiesińskiej. Przez niego przepływała rzeczka, która dalej płynęła do stawu na ul. Stęszyckiej (Getta Żydowskiego).

Dużym, naturalnym obiektem była Kępina. Rozległe, nieuregulowane rozlewisko nie było głębokie, ale miało zawsze ciepłą wodę. Bliskość Lasu Paprockiego stwarzała doskonałe warunki do wypoczynku.

Oprócz tego, było kilka glinianek i stawów w miejscach żwirowisk. Dla utrwalenia w pamięci potomnych wymienię kilka najciekawszych.

A więc Nowe Miasto – duży akwen z bardzo czystą wodą. Następnie „U Brejnerta” na Henrykowie – pięknie położone pośrodku lasu rynnowate oczko. Nieopodal przebiegały tory magistrali węglowej Śląsk-Gdynia. Inne to niewielkie kąpielisko „U Szmyta” na ul. Długiej. W Krobanówku była zaś glinianka o regularnych bokach, miała kształt basenu i była dość głęboka.

Obecnie wszystkie te miejsca kąpielowe zniknęły, pozostały jedynie w pamięci ówczesnej młodzieży.

Bardzo często zduńskowolanie wybierali się nad rzekę. Pamiętam, jak czasami w ładną, słoneczną niedzielę Pan Banachowski, który miał konia i wóz (miał też krowę – mama kupowała od niego „mleko od krowy”) lub Pan Hauzer (właściciel konnej firmy przewozowej) przygotowywali wozy – platformy (mówiło się wtedy rolwagi) zabierali chętnych i hajda nad wodę.

Jeździło się do Pstrokoń lub Strońska nad Wartę czy Widawkę, albo na pierwszy most w Sieradzu. Bardzo przeżywałem takie wycieczki. Rodzice zabierali prowiant: ziemniaki, kapustę, kotlety, jajka, ogórki, pomidory, a do tego litry kompotu dla młodszych i „białą z czerwoną kartką” dla starszych. Zmęczeni, ale bardzo zadowoleni i pełni wrażeń wracaliśmy wieczorem do domu. Cudowne wspomnienia zostały mi do dziś.

Ale nie tylko woda i kąpiele wypełniały letnie dni. Sporo czasu zajmowały podwórkowe gry i zabawy, które kiedyś osobno opiszę. Robiliśmy także piesze, a później rowerowe wycieczki do Lasu Paprockiego, na Poręby, do Paprotni, na Czechowskie Góry. Wyruszaliśmy na jagody, grzyby do Lasu Szadkowskiego. I wiele, wiele innych wypraw podejmowaliśmy, aby się nie nudzić.

Ach, było pięknie, przeminęło – zostały tylko żywe obraz w pamięci.

„Chwilo trwaj wiecznie

Jesteś piękna” – pisał poeta.

 

Zbyszek Rudnik

4 komentarze do “Rekreacja w Zduńskiej Woli: lata 50. XX wieku – opowieści mojego brata Zbyszka

  1. Panie Zbyszku, czy „pierwszy most” to pierwszy od Zduńskiej Woli, czyli zaraz za Woźnikami? W Sieradzu mówimy „drugi most”, co jest logiczne z perspektywy Sieradza. Chyba że ma Pan na myśli Sporty Wodne w Sieradzu …

  2. Chce się czytać i z przyjemnością w pamięci oodtwarzałam te znane mi miejca. Dziękuję za te wspomniena. Pozdrawiam i czekam na więcej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.