GASTRONOMIA W ZDUŃSKIEJ WOLI PÓŁ WIEKU TEMU – wspomina mój brat Zbyszek

Po wojnie oferta gastronomi nie była imponująca, w porównaniu z dniem dzisiejszym była wręcz uboga. Zróbmy sobie spacerek po zduńskowolskich knajpach w latach 50. i 60. XX wieku.

Restauracja POPULARNA (dziś w mniejszym metrażu nazwana MIRAGE)

Duża restauracja, usytuowana w centrum, u zbiegu ulic Łaskiej i Kościelnej (przez wiele lat powojennych była to ulica 22 Lipca). Kiedyś wchodziło się ze szczytu, od Kościelnej. Pierwsze drzwi i mały przedsionek, gdzie była szatnia. Następne drzwi – wahadłowe, jak w salonie, prowadziły do pierwszej Sali, gdzie był bogato zaopatrzony bufet. Po prawej stronie znajdowała się kuchnia i okienka, w których kelnerzy odbierali zamówienia i zwracali naczynia po konsumpcji. Dalej druga sala – dla niepalących i trzecia dla palących. Dziwne prawda? Niepalące osoby znalazły się między młotem a kowadłem, dym papierosowy unosił się wszędzie, a paliło się wtedy na potęgę. Za to dziś „niepalacze”, biorąc odwet na palaczach, dyskryminują ich z przestrzeni publicznej. Niedługo nie będzie można palić nawet w myślach. Generalnie palenie jest „nie cool” – palacze topnieją.

Menu (jadłospis) raczej nie było wyszukane, ale urozmaicone. Bywalcem lokali zostałem w latach 60. XX wieku, z tego też okresu są moje wspomnienia. W karcie królowała pomidorowa, obok ogórkowej, żurku czy krupniku, niekiedy trafiały się flaki. Drugie danie, to nieśmiertelny schabowy, najczęściej z ziemniakami i kapustą zasmażaną.

Poza tym: pieczeń wołowa i wieprzowa, sztuka mięsa w sosie chrzanowym, żeberka, wątróbka, golonka z wody (bez udziwnień, że niby po bawarsku, w piwie czy z rusztu). Bywały cynaderki (nerki), ozór w sosie chrzanowym, kotlet mielony, kurczak pieczony. Na życzenie można było zamówić stek, rumsztyk czy zrazy.

Z dań jarskich dominowało „słoneczko na śniegu” czyli jajko sadzone lub pierogi z kapustą i grzybami. Dodatkami były ziemniaki z wody albo zasmażane, kopytka, kasze i surówki: kapusta kwaszona, marchewka, buraczki zasmażane, mizeria sezonowo czy ogórek kwaszony. Do tego obowiązkowo kompot z sezonowych owoców podawany w szklance. Nie powalało to wykwintem, ale było smaczne.

Wyszynk to bufet, w którym królowały wódki. Różnorodność powalała wówczas, a wielu gatunków dziś nie uświadczysz. Wspomnę tylko niektóre, gwoli zapisania w pamięci. A więc prym wiodła czysta z czerwoną kartką, dalej żytnia z kłoskiem, wyborowa, winiak, jarzębiak, myśliwska, cytrynówka. Ze słodkich wódek była: ratafia, śliwówka, wiśniak na rumie, sherry cordial, krupnik, adwokat. Oprócz wódek były również wina, przeważnie z demoludów: Mistela, Magnolia, Istra, Prosek, Egri Brikawer, Riesling. Na najwyższej zaś półce arystokracja – socjalistyczne „koniaki”: gruziński „Szwili”, armeński „Biełyj aist”, albański „Skandenberg” czy bułgarska „Pliska” i „Słoneczny Brzeg”. Kartę alkoholi uzupełniały piwa, najczęściej zduńskowolskie jasne pełne oraz lemoniada i oranżada w butelkach zamykanych sprężynowymi korkami.

Na zakąskę z bufetu był tatar, galaretka z nóżek (ostryga prerii), jajko w galarecie, sałatka jarzynowa czy różne wędliny.

Bogata oferta handlowa zapewniała „Popularnej” dużą frekwencję, największą w dni targowe (wtorki i piątki) oraz w niedzielne poranki.

W „Popularnej”, jak też w innych restauracjach, istniały instytucje szatniarki i babci klozetowej.

Naprzeciwko restauracji „Popularnej”, w nieistniejącym już budynku, otworzył podwoje Bar mleczny. Jedyny i bardzo potrzebny obiekt, stąd jego olbrzymia „przepustowość klienteli”. Bar serwował nabiał i wyroby mleczarskie oraz dania jarskie. A więc były: bułka z masłem i serem, mleko, kawa zabielana, kakao, maślanka, jogurty, naleśniki z dżemem czy z serem, pierogi i kluski. Niestety, szybko zniknął i przez kilka dekad nie miał następcy.

Reprezentacyjnym lokalem była wówczas restauracja ŚRÓDMIEJSKA przy ul. Łaskiej, której zapleczem był hotel. Wchodziło się po kilku stopniach. I znowu: szatnia, bufet i trzy sale w amfiladzie. W karcie i w bufecie podobnie, jak w „Popularnej”. Moim „specjalite de la maison” były naleśniki nadziewane siekanymi pieczarkami z rusztu. A do tego kieliszek lub dwa krupniku (taki już dzisiaj nie istnieje).

W witrynie usadowił się duży ptak, stąd potocznie mówiło się „U Bażanta”. Ta restauracja, podobnie jak i hotel zniknęły z panoramy miasta. Dzisiaj jest to siedziba Sanepidu.

A’propos panoramy – w latach 70. XX wieku zbudowano lokal PANORAMA. Duży, jasny pawilon, usytuowany przy ul. Zielonej i Kilińskiego. Stał się wizytówką zduńskowolskiej gastronomii.

Kuchnia była bogatsza, a bufet bardziej urozmaicony. Ale clou tego lokalu były dancingi, bodajże w czwartki i soboty. Frekwencja – 100%, zawsze chętni musieli stać za drzwiami.

Acha, jeszcze! W szatni królowali Państwo Barańscy. U p. Czesława lub p. Zofii zawsze można było uzupełnić (pożyczyć) kasę, a także, dyskretnie, w ramach oszczędności, wypić swój alkohol. Korzystałem z tego, było poręczenie.

Ps. Podczas dancingów „zdarzyło się” kilka strip-teas’ów.

Ale i „Panorama”, jak meteor, zniknęła z horyzontu – i komu to przeszkadzało?

Rok 1956 to szczególna data w historii miejskiej gastronomii. W roku tym, panowie Toboła i Dąbrowski, zainaugurowali działalność restauracji SMAKOSZ. Lokal mieścił się w zaadaptowanej bramie (przy szulwedze). Wchodząc, miało się po lewej stronie mały barek i długą, kiszkowatą salkę. Stolików było może dziesięć, a może dwanaście. Kuchnia była w podziemiach. Na tylnej ścianie namalowany był balonik, a na nim kilku grajków. O sugestywności tego malowidła niech świadczy fakt, że wówczas, a i chyba jeszcze teraz są tacy, którzy twierdzą, że orkiestra tam grała.

Błyskawiczna popularność i renoma powodowała olbrzymie „obłożenie”, dlatego stoli trzeba było zamawiać z dużym wyprzedzeniem, zwłaszcza na wieczór. Często nawet w ciągu dnia chętni czekali na ulicy.

Przyczyniali się do tego wspaniali właściciele – panowie Toboła i Dąbrowski – profesjonalni, przedwojenni restauratorzy (podobno pan Dąbrowski przed wojną pracował w Łodzi w „Malinowej” albo w „Savoyu”, a może to był pan Toboła?).

Gwoździem karty były flaczki lub rosół z podrobami i grubym, domowym makaronem, ale również inne, wykwintne i wyborne dania, jak np. Beef Strogonov.

Wyprawy do „Smakosza” to były doniosłe i ważne wydarzenia. Spotykała się tam śmietanka towarzyska miasta, a więc inteligencja, profesura, palestra, medycy, kadra kierownicza lokalnych przedsiębiorstw, inne wolne zawody, rzemieślnicy czy „badylarze”.

Do „Smakosza” zachodzili też moi rodzice, a i później ja bywałem tam częstym gościem. Moim przysmakiem było ragout sarnie.

Wspominani właściciele byli też mecenasami czy sponsorami miejscowej piłki nożnej, czyli „Pogoni”. Było w zwyczaju, że po meczach zawodnicy przejadali (przepijali?) diety. W lokalu wisiały fotografie i dyplomy drużyny.

Bywając tam na samym początku lat 80. XX wieku zauważyłem dziwną rzecz. Miało to miejsce w okresie „prohibicji”, kiedy to obowiązywał zakaz wyszynku do godziny 13.00. W bufecie wisiał napis: „Wódki brak”. Ale za to można było jak w Chicago Al.’a Capone’a wypić 40% wodę mineralną lub mocno „elektryczną” herbatę.

Tak na marginesie. W czasach tej prohibicji narodził się bardzo ciekawy obyczaj. Nazywano go „happy heur” – szczęśliwa godzina. Otóż, o godzinie 13.00 zajęte były stoliki we wszystkich lokalach, lecz mało kto konsumował. Wszyscy czekali na limitowaną kolejkę wódki, wina lub piwa. Mając szczęście można się było załapać na dwa-trzy kieliszki (lub szklanki). No, ale tak działo się w całym PRL-u.

Ach, to były czasy.

Wszystko, co dobre, ma jednak swój koniec. Na początku lat 90. XX wieku kamiennicę wyburzono i przestał istnieć „Smakosz” (chociaż była podejmowana próba relokacji). Zostały tylko wspomnienia smaków.

I to by było na tyle o restauracjach.

A były jeszcze baro-knajpy. Jeden z nich mieścił się na ul. Szadkowskiej. Bar „kolejowy”, nazywany też „Mordownią”. Za bufetem królowała pani Szanowska, która potrafiła nachalnego klienta wystawić na ulicę.

Druga taka knajpa, to bar na ul. Srebrnej. Był to przeszklony pawilon nazywany „Akwarium”. Początkowo były w nim dania barowe, ale szybko zamienił się na podobieństwo baru z Szadkowskiej w wyszynk. Oba bary miały swoją wierną klientelę. Do pijalni piwa na Srebrnej ciągnęły tłumy z końca Sieradzkiej, Kościelnej czy Łaskiej.

W okresie „perturbacji na rynku żywieniowym” powstał dziwny obyczaj, otóż w bufecie wisiała tabliczka: „Alkohol podajemy tylko do konsumpcji”. No i do każdego kieliszka czy kufla doliczano przymusowo serowy koreczek, cenowo w stosunku jeden do jednego. Zdarzało się, że niespożyte koreczki wracały do gabloty.

I na koniec dodam, że uzupełnieniem lokali były kioski spożywcze oraz budki z piwem, gdzie legalnie i spokojnie można było wypić piwo z kufla lub butelki (zimą bywało grzane). Stąd powiedzenie: „Wystawać pod budką z piwem”.

Jedna z takich budek znajdowała się vis a vis komisariatu MO na ul. Dąbrowskiego.

6 komentarzy do “GASTRONOMIA W ZDUŃSKIEJ WOLI PÓŁ WIEKU TEMU – wspomina mój brat Zbyszek

    • nastepna wycieczkapo kawiarniach i klubach.oczekuję historii z Moccki,Szarotki,Szklanki,Plastusia.MDK może jeszcze jąkąś zapomniałem

        • Pozdrów Zbyszka od Ewy z kawiarni Mocca- w latach 1973-78 byłam współwłaścicielką-fajne czasy,to moja młodość-dużo by opowiadać-pozdrawiam -fajnie piszesz:-)

          • To Zbyszek pisze, a ja tylko przepisuję i wrzucam na swój blog 🙂 kawiarnie będą opisane wkrótce, oczywiście Mocca także 🙂 dziękuję za pozdrowienia, Zbyszek na pewno przeczyta 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.