Kawiarnie zduńskowolskie sprzed pół wieku – wspomina mój brat Zbyszek

Zduńskowolskie kawiarnie w latach 60. i 70. XX wieku tętniły życiem. To tu można było spotkać kogoś znajomego, porozmawiać, podyskutować, a przy okazji napić się czegoś dobrego. Kawiarnie prowadziły inną działalność niż restauracje. Nastawione były na klientów chcących spędzić czas w miłej, przyjemnej atmosferze. I tak też było. Pamiętacie?

Na ul. Łaskiej była MOCCA – kawiarnia chyba jeszcze przedwojenna. Centralne usytuowanie zapewniało jej niezłą frekwencję.

Wchodząc, po lewo była mała szatnia, a po prawo bufet i dwie duże sale.

W szatni pracowała moja przyszła teściowa – Pani Gienia Ochocka, przez stałych bywalców nazywana Ciocią. Kobieta – dusza, lubiana przez wszystkich za pogodę ducha i poczucie humoru. Często „Ciocia” robiła za „bank” dla mających finansowe kłopoty „swoich chłopaków”. Jako moja „osobista teściowa” była pełna dyskrecji, widząc mnie balującego z kolegami.

Zawsze, po seansie w kinie (kino Hel czy Tkacz był w bliskiej odległości) szliśmy paczką do Mokki na dyskusje o filmie, a byłem kinomanem.

Oferta kawiarni była dość bogata. Oczywiście kawa – sypana i zaparzana w szklance. Napój firmowy – żółta ciecz z kawałkiem cytryny – piło się przez słomkę – cena 2,10 zł.

Alkohole takie same jak w restauracjach, może bez mocnych, białych wódek. Powodzenie miał „szampan” pod nazwą „Sowietskoje Szampanskoje” – ileż butelek strzelało korkami, ech…

Do tego różne ciastka i pączki, galaretki, bita śmietana, sezonowo lody w pucharkach ze śladami bakalii, czasami trafiał się gorący grog, gęsty, czekoladowy napój z wódką podawany na gorąco.

Atmosfera inna niż w restauracjach: cicha muzyka, niegłośne rozmowy, no taka mała celebra.

Chyba w 1964 roku otwarto kawiarnię „Szarotkę” przy ulicy Srebrnej (róg Kilińskiego). Dwie duże sale, duże okna – była raczej taka „moderne”, dlatego brakowało jej tego ciepełka. Jako że obie miały jednego właściciela, to oferta była w obu taka sama.

Zapach w kawiarniach: zmieszanie dymu tytoniowego zapachowych „Carmenów”, parzonej kawy, wina… nie do odtworzenia.

I na koniec – była jeszcze taka kawiarnia – efemeryda, tj. „Szklanka” na ul. Szkolnej w ostatnim z ciągu bloków pomiędzy ul. Srebrną i Zieloną. Wszystko było jak w normalnej kawiarni – tylko ceny były detaliczne, jak w sklepie. Dlatego kilka istniejących tu stolików było zawsze oblężone.

Należy wspomnieć jeszcze o cukierniach-ciastkarniach z tamtego czasu. Pamiętam trzy z nich:

„U Pana Marciniaka” na Łaskiej koło cmentarza.

„U Słodkiego Józia” na Sieradzkiej.

„U Pana Ciesielskiego” na Szkolnej.

Oferowały zawsze świeże ciasta, a w sezonie domowe lody z naturalnych składników (przez wiele minionych lat nie odnalazłem smaku tamtych lodów).

Minęło pół wieku, a wszystko przeminęło – restauracje, kawiarnie. Dokonała się transformacja. Zniknął tamten koloryt i atmosfera.

Dzisiaj mamy fast foody, kebaby, szaszłykarnie, pierogarnie, naleśnikarnie, knajpki chińskie, wietnamskie, indyjskie, a i danie zupełnie inne.

Jedno, co łączy te epoki, to klienci. I wtedy, i dziś ochoczo chcą zjeść, pić i bawić się. Myślę, że jest to taki charakter narodowy Polaków. Tylko że brakuje tych miejsc i ludzi, którzy utrzymywali ówczesną celebrę, atmosferę.

 

Zbyszek Rudnik

3 komentarze do “Kawiarnie zduńskowolskie sprzed pół wieku – wspomina mój brat Zbyszek

  1. Jeszcze bym dodał „Jubileuszową” na dole i EMPiK zaraz po prawej, też na dole. Obie na Łaskiej, chyba 46, tu gdzie teraz jest PKOBP i Rossman (ale nie od Łaskiej). To jeszcze w latach 70., a jeszcze MDK na górze, ale to już raczej w 80

  2. było klomatycznie niesamowicie pzryjemnie i miło,godzinami spędzałem tam cza załatwiajac najrózniejze tz.interesy,I wszystko sie kręciło-jakże dzisiaj niewielu nas zostało z tamtych szalonych czasów-dzisiaj to już stateczni dziadkowie i niewielu jest na chodzie.Lecz wspomnienia pozostały.Pozdrawiam autora bloga razem wspólnie też ostro imprezowalismy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.