Szkoła podstawowa z lat 50. i 60. XX wieku – opowiada Zbyszek Rudnik

Swoją edukację szkolną rozpocząłem w 1957 roku w Szkole Podstawowej nr 1, która mieściła się w dużym, murowanym budynku przy ul. Sieradzkiej (dzisiaj Liceum Plastyczne). Posesja nie była skanalizowana, toalety znajdowały się na zewnątrz. Uczniem tej szkoły byłem tylko przez rok w pierwszej klasie (po zmianie miejsca zamieszkania, zmieniłem także szkołę).

Wspomnienia z „Jedynki” mam raczej mgliste. W Sali lekcyjnej podłoga była pomalowana na czarno, w kącie stał piec kaflowy, w którym zimą pan woźny palił, a w czasie zajęć dorzucał węgiel. Na ścianie wisiał krzyż i przed rozpoczęciem lekcji odmawialiśmy modlitwę.

Pamiętam, że przez kilka pierwszych miesięcy do nauki kaligrafii – tak, tak – służyły ołówki. Później były pióra, tzn. obsadka i zamocowana w niej stalówka (śledziówka, krzyżówka, płaska). W klasie stały trzy rzędy ławek z ruchomymi siedzeniami. Po środku ławki wmontowany był kałamarz, który był napełniany atramentem z dużej, litrowej butelki przez dyżurnego. Najczęstszymi znakami, oprócz liter, były kleksy. Nagminnie mieliśmy umazane palce.

Pierwszą moją nauczycielką i wychowawczynią była Pani Obiegałowa, primo voto Sznejfus (?).

Drugą klasę szkoły podstawowej rozpocząłem w Szkole Podstawowej nr 10. Była to szkoła ćwiczeń przy Liceum Pedagogicznym. Szkoła w tym budynku funkcjonowała od 1929 roku. Ja zacząłem pobierać w niej nauki w 1958 roku.

Szkoła mieściła się w dużym budynku przy ul. Łaskiej i Szkolnej, z wejściem głównym od Łaskiej (obecnie Zespół Szkół Elektronicznych). Po lewej stronie od wejścia znajdowała się szatnia, a na wprost i w lewo były schody na pietra. Na parterze, po prawej stronie mieścił się sekretariat i pokój nauczycielski. Dalej, w głębi znajdowała się część liceum. W piwnicach była sala gimnastyczna, kuchnia, stołówka i warsztaty. Na poddaszu była bursa (internat).

Z perspektywy czasu uważam, że szkoła ta miała dość elitarny charakter, a poziom nauczania był wysoki, co procentowało mi w późniejszych latach. Zajęcia prowadziła doskonała kadra nauczycieli, w przeważającej części wywodząca się jeszcze sprzed wojny. Pedagodzy ci gwarantowali wysoki standard dydaktyczny i wychowawczy.

Pozwolę sobie „pogrzebać w pamięci” i ich przypomnieć.

Dyrektorowała Pani Gadzinowska – surowa, a zarazem bardzo ciepła kobieta, uczyła również mojego ulubionego przedmiotu, tj. geografii.

Język polski to Pani Pieńkowska i później Pan Sawicki. Pani Pieńkowska była też bibliotekarką, to ona zaszczepiła we mnie bakcyl czytelnictwa, co pozostało mi do dziś.

Języka rosyjskiego uczył Pan Stanisław Kowalczyk. Jako że znaczną część życia spędził w Rosji, miał doskonały warsztat. Powodował, że „ruskij jazyk” nie był martwym językiem. To on propagował sztukę epistolarną. Prawie każdy z uczniów z kimś korespondował. Ja pisałem do Moskwy, Uzbekistanu czy na Syberię (Irkuck).

Historia była domeną Pani Grzelakowej, typowego gawędziarza. Jej lekcje to ciąg logicznych opowiadań o dawnych dziejach, nawet daty wchodziły bezproblemowo. Jej mąż uczył w liceum pedagogicznym. Acha, mieli też samochód, przedwojenną DKW (złośliwcy mówili: dykta – klej – woda).

Biologii uczyła Pani Perzynowa, bardzo surowa i wymagająca, budząca powszechny postrach, jednak doskonale przekazująca wiedzę. Jej stałym powiedzeniem było: „Otwórzcie okna, bo w klasie ciepluśko aż śmierdzi”. Podobno miała traumatyczne przeżycia wojenne.

Pani Czacherska była matematyczką. Dobra, cierpliwa nauczycielka. Nawet ja przyswoiłem sobie matematykę.

Były jeszcze lekcje śpiewu, prowadzone przez Panią Czacherską (teściową Pani Ireny Czacherskiej i żonę Pana Telesfora Czacherskiego – nauczyciela muzyki w liceum).

Pan Nałęcki („Łysy”), ogólnie postrzegany jako oryginał z racji stylu bycia uczył fizyki, którą potrafił zainteresować wszystkich. Bardzo ciekawie bywało na kółku matematyczno-fizycznym, które prowadził po lekcjach.

W siódmej klasie „liznęliśmy” trochę chemii u Pani Staszewskiej. Bardzo polubiłem ten przedmiot, trochę pachniało mi alchemią, no bo z dwóch różnych substancji otrzymywało się trzecią.

Wychowanie fizyczne to urozmaicone zajęcia z Panią Skowrońską. Latem na boisku, a zimą w sali. Były drabinki, skoki przez konia, gry w piłkę nożną, w dwa ognie, różne dyscypliny lekkoatletyczne. Jako strój mieliśmy szorty i podkoszulki. Dziewczyny miały w szorty wszyte gumki w nogawki.

Rysowanie i malowanie miał z nami Pan Miłek – młody nauczyciel, a prace ręczne prowadził pan Oleszkiewicz – prekursor Adama Słodowego z programu „Zrób to sam”.

Uff… to już chyba wszyscy. Być może zdarzyło mi się niepoprawnie napisać jakieś nazwisko, jeśli tak – to serdecznie przepraszam, przecież to było całe wieki temu.

Z wymienionymi przeze mnie nauczycielami bardzo szybko przebiegło mi siedem lat, bo szkoła podstawowa wówczas to było siedem klas.

Pamiętam, że dość często odbywały się lekcje ćwiczeń, tzn. były prowadzone przez uczennice liceum pedagogicznego pod okiem doświadczonych nauczycieli. To na nas uczyły się przyszłe nauczycielki, na które istniało wówczas bardzo duże zapotrzebowanie.

Oprócz zajęć lekcyjnych, szkoła miała bogatą ofertę pozalekcyjną w postaci kółek zainteresowań: matematyczne, fizyczne, przyrodnicze, ale było również kółko teatralne i recytatorskie. Lubiłem (i do dziś lubię poezję), więc brałem udział w tym ostatnim. Bardzo dobrymi recytatorami byli: Darek Białecki oraz Adam Rychlik. Ocierali się nawet o finał ogólnopolski. Darek przed maturę wyprowadził się do Gdyni (?), został marynarzem (?). Adam natomiast doktoryzował się z polonistyki (?) był dyrektorem I Liceum Ogólnokształcącego, udzielał się społecznie na forum miasta, jest obecnie emerytem i ma trójkolorowego psa.

W szkole działał też zespół muzyczny prowadzony przez Panią Polkowską. Występowałem w nim z moimi braćmi. Andrzej grał na akordeonie, Bogdan na gitarze, a ja na mandolinie. O le dla mnie i Bogdana był to tylko epizod, to dla Andrzeja była to pasja. Skończył przecież szkołą muzyczną i był muzykiem.

W szkole działały prężne i liczne drużyny – zuchowa i harcerska. Druhny i druhowie uczestniczyli w wielu zajęciach, grach i zabawach, takich jak: podchody, marsze na azymut, zdobywanie stopni i odznak sprawności. Nie pamiętam, jakiego koloru były chusty.

Druhną drużynową była chyba Jola (?) Donat, siostra Marysi Donat, tej z „Pięterka”.

Uczniów obowiązywał strój szkolny. Dziewczynki granatowy, satynowy fartuszek, a chłopcy – granatowe spodnie i satynowa bluza. Do tego dopinany, biały kołnierzyk.

Zdarza mi się czasami robić takie cofanie w przeszłość i widzę wtedy twarze koleżanek i kolegów z mojej klasy, niestety większość nazwisk uleciała mi z pamięci. Wspomnę może chociaż kilka z nich, choć niektórzy już odeszli: Zosia Leśniewicz, Wiesia Wierucka, Wacia Żuchowska, Halina Kacalak, Ela Maksymiuk, Ewa Felder, Grzesiek Jachowicz, Marek Fidler, Staś Werner, Wojtek Wojtczak, Andrzej Kulesza, Adam Rychlik, Darek Białecki, Grzesiek Pietrzykowski…

Ze wzruszeniem i nostalgią wspominam swoją szkołę podstawową. Uważam, że ci wszyscy nauczyciele-pedagodzy w jakimś stopniu przyczynili się do ukształtowania mojej osobowości.

Zbyszek Rudnik

3 komentarze do “Szkoła podstawowa z lat 50. i 60. XX wieku – opowiada Zbyszek Rudnik

  1. Zbyszku jestem pelna podziwu dla Twojej pamięci.
    Ja chodzilam do wiejskiej szkoły podstawowej , bylam drugim rocznikiem, ktory kończył osmioletnia edukację w szkole podstawowej. Klasa liczyla 45 uczniów.
    Wszystkie ławki byly jednakowej wysokosci, więc uczniowie byli mniej lub bardziej widoczni.
    Kalamarze z atramentem byly powodem wszelkich plam i kleksow.
    Obsadki pior mialy ostre zakonczenie, ktore służyło do klucia na lekcjach kolegów siedzacych przede mną aby się obrocili.
    Nauczyciele byli obdarzani wielkim szacunkiem i czuło się respekt.
    To były czasy bicia po dłoniach linijką i pozostawiania uczniow w szkole po lekcjach za karę tzw „koza”
    Mimo wszystko ten okres mojego życia wspominam bardzo miło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.