Waliłem w mordę – moje myśli na I niedzielę adwentu

Glina – gdyby ktoś nie wiedział – to taki lepki, miękki, elastyczny materiał, z którego można coś ulepić. Niegdyś lepiono z gliny wazy, dzbany, figurki. Żeby jednak to coś ulepione z gliny po wyschnięciu nie popękało, nie pokruszyło się, nie rozpadło w drobny mak, to trzeba wypalić w piecu, w gorącym ogniu. Dopiero wtedy jest trwałe. Chociaż i tak trzeba uważać, aby nie potłuc, bo każde stuknięcie, każde puknięcie czy upadek nawet z niewielkiej wysokości doprowadzi do stłuczki.

Już bardzo dawno temu sobie pomyślałem, że ja też jestem takim kimś ulepionym z gliny. Bardzo słabym i kruchym. Byłem wtedy w liceum, gdy napisałem wiersz właśnie o tym, że jestem kruchą, glinianą figurką, którą bardzo łatwo potrzaskać. Wtedy wydawało mi się, że ktoś może mnie rozbić. Potem, po latach, przekonałem się, że to ja sam mogę się roztrzaskać o glebę. Gdy zacząłem czytać Pismo święte, natrafiłem na dzisiejszy fragment słów proroka Izajasza, że jesteśmy z gliny, a Pan Bóg jest naszym Stwórcą. A zatem to On mnie ulepił.

Jako młody człowiek zastanawiałem się, dlaczego ten Stwórca lepi ludzi z takiej kiepskiej gliny, dlaczego oni pękają, tłuką się, rozpadają na drobne kawałki. Dlaczego ja bez przerwy robię coś głupiego, złego, dlaczego robię tyle rzeczy wbrew sobie. Zastanawiałem się więc, z jakiej ja jestem gliny, skoro lubię się popisywać. Piłem wódkę, paliłem papierosy, przeklinałem, dokuczałem mojej kochanej mamie i dobremu tacie, kłóciłem się z braćmi, z kolegami, obrażałem niewinnych ludzi, wagarowałem, waliłem po mordzie słabszych od siebie. Tego można by wymieniać wiele. Zastanowiło mnie to, dlaczego Stwórca ulepił mnie z takiej kiepskiej gliny.

Być może i Ty nad tym się zastanawiałeś. Być może miałeś podobne refleksje.

Ale przyszło dorosłe życie. Tysiące trudności, setki problemów, wspinanie się pod górę. Żona, dzieci, praca, mieszkanie… musiałem w pocie czoła brać wszystko na klatę. Musiałem pokonywać trudności, rozwiązywać problemy. Coraz bardziej się utwardzałem. Moje kruche, gliniane naczynie zaczęło się wypalać gorącym piecu, w blasku ognia. No tak, ale dopiero teraz to dostrzegłem. Dopiero teraz widzę, że wszystkie życiowe doświadczenia, spotykani na drodze ludzie, pokonywane problemy, cierpienie i radość, że to wszystko służyło wypaleniu mojej materii, mnie samego, mojego glinianego naczynia.

No i jestem dojrzałym człowiekiem, wypaloną gliną w ogniu życiowych przeżyć. Ale mimo że jestem twardszy, to jednak łatwo mogę się roztrzaskać. Dlatego bardzo uważam na siebie, czuwam, aby nie czynić innym ludziom przykrości, aby nie złorzeczyć, nie obrażać, aby nie niszczyć i nie zazdrościć, aby nie być mściwym. Staram się także poświęcać swój czas i dobre słowo dla wielu osób, czynię starania o to, aby wzmacniać innych ludzi w potrzebie, w chorobie, w trudnych sytuacjach.

Pan Jezus powiedział mi dzisiaj, że mam uważać i czuwać, aby nie potrzaskać swojego glinianego naczynia. Myślę, że każdy z nas stara się tak właśnie postępować. Każdy z nas przeszedł swoją trudną drogę życia, wypalił glinę w gorącym piecu. Dlatego każdy z nas uważa i czuwa, aby tego naczynia nie potłuc.

Staram się zawsze mieć gotowe swoje gliniane naczynie do napełnienia, bo nie wiem, kiedy będzie wykorzystane. Czy z wieczora, czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. Nie wiem, kiedy Pan domu przyjdzie i zechce mnie napełnić zbawieniem. Dlatego czuwam, staram się nie spać, chociaż to nie jest takie łatwe.

Odnów nas, Boże, i daj nam zbawienie.

4 komentarze do “Waliłem w mordę – moje myśli na I niedzielę adwentu

  1. Prawda, każdy z nas jest ulepiony ale wypalamy się przez całe życie. Rodzice wypalają nas po trochu tylko bunt młodości nie poddaje się za bardzo temu ogniu. Gdy dorastamy, mamy już inne obowiązka to bywa tak, że patrzymy na to inaczej i albo damy się wypalić albo rozwalić. Ja w swoim życiu musiałam wejść do dobrego pieca i jeszcze raz się dać wypalić aby być silna i utrzymać moje gliniane dzieci, zabrakło obok mnie tej kochanej podpory, która dawała ogień. Teraz po latach mogę powiedzieć, że udało mi się dokonać coś cudownego, ogień zapłonął , dał mi moc, nie rozbiłam się na kawałki, a mało brakowało, dzieci umocniły się, są ludżmi ulepionymi przy mojej samotnej pomocy, teraz one dają ogień swojej rodzinie.

  2. Pięknie opisane życie..jakże podobnymi drogami idziemy..to jest człowiek..z jego wadami i zaletami. Takiego Pan powołał..dał mu wskazówki i zadanie do wykonania. A wszystko zawarte w Piśmie sw..każdy znajdzie tam coś dla siebie,,są tam wskazówki..Droga życia jest kreta i wyboista i często pod górę. Jest słońce i deszcz .noc i dzień.
    radość i smutek.Nieraz sie rozklejamy..upadamy ale za chwile wstajemy i idziemy..takie życie…Zawsze z nadzieją.

  3. Bardzo madre słowa- ale mimo upadków podnosimy sie i idziemy dalej!
    Nie kazdemu jest dane przejsc przez swoje zycie bez wzlotów i upadkow?
    Mi jakos na szczescie sie wiedzie dobrze-oby nie było gorzej?

  4. Pan Bóg wie co robi, nie obwiniajmy Go, pamiętajmy dobre chwile, ale bądźmy ostrożni, bo „Glina” to materiał bardzo kruchy, ale może długo przetrwać, jeśli będziemy GO cenić i szanować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.