MIŁOŚĆ NA SKRAJU LASU – część 4 – opowiastka dla dorosłych

CZĘŚĆ PIERWSZA – naciśnij

CZĘŚĆ DRUGA – naciśnij

CZĘŚĆ TRZECIA – naciśninj

A dzisiaj, z perspektywy roku, zastanawiam się, czy to wszystko było potrzebne. Czy musiał się wtedy pojawić nocą, zbity jak pies, przemęczony psychicznie, poturbowany? Czy ja musiałam się tak w nim zadurzyć jak młoda panienka? Ja, kobieta z dużym doświadczeniem i bagażem życiowym?

Widocznie tak musiało być, bo życie nie jest linią prostą, w górę czy w dół biegnącą. Życie to taka sinusoida, która faluje pomiędzy pocałunkiem a klapsem. Dzieje się tak w przypadku dzieci w relacjach z rodzicami, jak również i w przypadku dorosłych, w związku. I dziś mogłabym zaśpiewać razem z Krzysztofem Krawczykiem: „to co dał nam świat, niespodzianie zabrał los”.

Po tych wszystkich wydarzeniach, które miały miejsce w minionym roku stałam się bardziej twarda, zahartowana, dlatego teraz nie popadam w czarną rozpacz. Umiem to znieść godnie, mimo smutku, zdrady, czy nawet poniżenia. A jednak chyba kocham. Tak, ja mam w sobie to uczucie do niego, którego on raczej nigdy tak naprawdę do mnie nie miał. Ja mam wciąż te pozytywne emocje, mimo iż mnie zranił boleśnie. Ale ja wciąż mam nadzieję, nieustannie tłumaczę sobie, że za bardzo był potrzaskany, aby ułożyć samego siebie na nowo, aby stać się monolitem. Jestem w stanie zrozumieć go, bo stracił wiarę w siebie, a za wszelką cenę chciał się dowartościować. I stąd właśnie pojawiły się problemy. Jednak jestem gotowa nieustannie opiekować się nim.

x x x

Ale może by tak jednak po kolei poprowadzić literki w wyrazy, wyrazy w zdania… aby oddać jak najlepiej to, co działo się dalej.

Samochód był więc gotowy do drogi. Zapakował się, porozmawialiśmy o byle czym i miał już jechać. Wtedy odważyłam się powiedzieć:

– Krzysztof, masz mój numer telefonu. Jeśli będziesz chciał, to możesz tu przyjechać i siedzieć, ile zechcesz. Po tym, co opowiadałeś mi o swojej żonie, to myślę, że powinieneś być daleko od niej, aby się całkowicie wyzwolić. W innym przypadku wciąż będziesz cierpiał.

– Co ty powiesz? – rzekł z radosnym i szczerym uśmiechem na twarzy.

– Właśnie to, co mówię. Jeśli masz tam wynajmować mieszkanie, to możesz wynająć u mnie…

– Czyli że miałbym przyjechać do ciebie na terapię? – przerwał mi ze śmiechem.

– Coś w tym rodzaju – odparłam wesoło. – A ja ze swoje strony obiecuję, że nie będę… że nie… no, że nic z mojej strony… – bąkałam, bo chciałam mu zakomunikować, że już więcej nie powtórzy się ta noc, kiedy chciałam go „molestować”.

– Krysiu, bardzo cię polubiłem. Mam wrażenie, jakbyśmy byli przyjaciółmi od dawna. Jednak boję się, że wlazłbym w coś nowego, a nie zamknąłem jeszcze drzwi za starym. Mógłbym cię skrzywdzić, bo ja jeszcze się nie wyzwoliłem…

– Oj, Krzysztof… przecież ja… no… wiesz… po prostu na zasadzie przyjaźni – tłumaczyłam i kręciłam, bo nie wiedziałam, jak mu powiedzieć. To wszystko przez tę cholerną noc, kiedy wlazłam do jego sypialni.

– Jak nie zamknę jednego, nie mogę otwierać drugiego. Naprawdę, Krysiu… – mówił cicho tym swoim ciepłym głosem.

– Dobrze, zrobisz jak zechcesz. Ale u mnie zawsze czeka na ciebie miejsce. Telefonuj, wpadaj, kiedy zechcesz.

Po tych słowach wyściskaliśmy się serdecznie i po przyjacielsku. Wsiadł do auta i tyle go widziałam.

Wróciłam do saloniku, gdzie jeszcze słychać było echo jego głosu i śmiechu. Ale coraz ciszej, ciszej… aż zapanowała głucha cisza. Nastała pustka w domu i w moim wnętrzu. Przecież jeszcze trzy dni temu byłam sama w domu, nie zwracałam uwagi na pustkę, samotność, ciszę… a dzisiaj, po tej gwałtownej wichurze, która przeszła przez moje ciało i psychikę, dzisiaj byłam jak sparaliżowana. Przeszkadzała mi cisza, dręczyły puste pokoje, widok kuchni, gdzie wiele sprzętów ułożonych zostało jego ręką, jak na pamiątkę.

Poszłam do łazienki, wiedziałam po co. Wzięłam ręcznik, którym się wycierał i wąchałam, przytuliłam go do twarzy, bo chciałam poczuć jego zapach.

Snułam się po domu i nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Zachowywałam się jak nastolatka. Ale widzę to dopiero teraz, wtedy zupełnie nie poddawałam swojego zachowania czy uczucia refleksji.

Weszłam do pokoju, w którym nocował. Patrzyłam na łóżko, na pościel i pomyślałam sobie, że dzisiaj będę tu w nocy spała, w tej pościeli. No, emocje puściły mi zupełnie, tak jakby klocki hamulcowe przetarły się całkowicie i nie można było – pomimo naciskania pedału – zahamować. Ale parzcież ja wcale nie chciałam nic naciskać, nie zamierzałam hamować. Ja dopiero rozkręcałam się, moje wnętrze z jednej strony otulone było smutkiem, a z drugiej napięciem.

Wychodząc z pokoju, dostrzegłam na poręczy krzesła jego golf. Zapomniał zabrać. Poczułam skurcz rozkoszy w żołądku. Złapałam sweter i przyłożyłam do twarzy, czułam zapach jego perfum, który roznosił się w domu, gdy jeszcze tu był. Moje emocje sięgały zenitu. Szaleństwo. Założyłam golf na siebie i paradowałam w nim do wieczora.

Nazajutrz, przed południem pojechałam do urzędu gminy, aby załatwić sprawy podatkowe, bo coś tam mi źle wyliczyli. Potem wpadłam do mojej koleżanki, dyrektorki, do szkoły. Miałam wielką ochotę podzielić się z kimś wydarzeniami ostatnich dni. Nigdy nie byłam aż taka wylewna. Nigdy nie opowiadałam o sobie, o swoich przeżyciach, tak do końca. A jednak teraz miałam taką potrzebę.

Usiadłyśmy sobie wygodnie w fotelach przy kawce i opowiedziałam jej prawie ze wszystkimi szczegółami pobyt Krzysztofa u mnie. Słuchała, nie przerywając mi. Uśmiechała się tylko. Kiwała głową.

– No pięknie, Krysiu – odezwała się wreszcie, gdy skończyłam mówić. – Miałam cię raczej za taką cnotkę. Przepraszam, że to mówię. Wiem, że przeżyłaś koszmar po śmierci Darka, że to trwało tyle czasu. Ale ja myślałam, że ty się nigdy z tego uczuciowo nie podniesiesz, że do końca swoich dni będziesz żyła w tej swojej pustelni na skraju lasu, samotnie.

– Ja myślałam podobnie – zaśmiałam się – jednak wszystko na to wskazuje – dodałam – że teraz będzie tylko miłość do pewnej wizji, do jakiegoś mojego wyobrażenia, do wyimaginowanego mężczyzny.

– No, bez przesady, ściągnij go do siebie i koniec.

– Sama nie wiem, czy bym tak naprawdę chciała. Przecież ja go wcale nie znam.

– No to co? Poznałabyś przecież. I powiem ci więcej, moja anglistka jest w ciąży. Chciała iść na zwolnienie, bo teraz młode dziewczyny od początku ciąży chodzą na zwolnienia. Prosiłam ją jednak, aby jeszcze trochę poczekała, aż kogoś znajdę na jej miejsce. Dlatego telefonuj do niego i powiedz, że czeka na niego praca.

– A to dopiero…

– No tak. Tym bardziej, że mężczyzna. Przecież wiesz, jakie mam zdanie na temat sfeminizowanych szkół. W tej chwili same kobiety u mnie pracują.

– Dziwisz się? – zaśmiała się serdecznie. – A która żona pozwoliłaby mężowi pracować u ciebie? – żartowałam.

Czasami człowiek nie wie, kiedy żart może się przerodzić w rzeczywistość.

– Nie przesadzaj… telefonuj do niego i go ściągaj… – zakomenderowała.

– Ale ja nie mam do niego numeru telefonu. Dałam mu swój, ale nie wzięłam od niego. Nie chciałam mu się w żaden sposób narzucać.

– No wiesz co? Dla mnie to by była pierwsza rzecz, wziąć numer telefonu… no, nie…

I na takich przekomarzaniach zszedł nam jeszcze kwadrans, po czym wróciłam do pustego domu.

Wieczorem miał chodzić ksiądz po kolędzie. U mnie ją kończył, więc szykowałem zawsze kolację i mogliśmy sobie porozmawiać. Proboszcz był świetnym człowiekiem, bardzo życiowym. Ksiądz najczęściej kojarzy się z tacą, zbiórkami na remont czy budowę kościoła. Mój proboszcz był przede wszystkim człowiekiem. A że kościół i plebanię miał w dobrym stanie, więc na nic pieniędzy nie wołał. Wręcz przeciwnie, organizował pomoc tym, którzy jej potrzebowali. Dzięki niemu braliśmy udział we wszystkich akcjach zbierania pieniędzy czy innych darów, graliśmy nawet z nim w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy.

Gdy psy zaczęły szczekać, wyszłam przed dom i powitałam księdza. On zaś przywitał się z moimi owczarkami, bo bardzo kocha psy. Sam ma ich aż cztery. Odmówiliśmy modlitwę, poświęcił mieszkanie i zaprosiłam go do stołu w kuchni, bo tam lubił ze mną rozmawiać. Nawet wtedy, gdy zajrzał do mnie w ciągu roku, tak po prostu, pogadać.

Od słowa do słowa i opowiedziałam mu, że poznałam człowieka, który stracił wiarę.

– Jak to jest, proszę księdza, że w krótkim czasie można zapomnieć o wszystkim? – zapytałam.

– Można, można… bo wiara opiera się głównie na naszych uczuciach. A uczucia, emocje, jak sama pani wie, są zmienne, płynne. Raz się czymś zachwycamy, a za jakiś czas już nam się to nie podoba. Dopiero jak taka uczuciowa wiara się wypali, jak się przejdzie ciemną noc miłości, to wraca wiara na wyższym poziomie…

– Jakim? – przerwałam mu zaciekawiona.

– Na poziomie duchowym – odpowiedział.

– Nie rozumiem…

– Każdy z nas ma w sobie taką niezniszczalną instancję, ducha, który jest czymś więcej niż rozum, psychika, uczucia… a może właśnie jest tym wszystkim jednocześnie, plus czymś więcej… darem Ducha Świętego… Ale to tak mówię w dużym skrócie.

– Rozumiem…

– Do wiary się dorasta, dojrzewa… przechodzi od emocji, poprzez poszukiwania rozumem, do wiary duchowej… ale wiara to wiara, to nie jest pewność… wiara to zawierzenie… ale i dar.

– No to ja jestem ciekawa, jaką ja mam wiarę…

– Powiem pani coś, czego w zasadzie nikomu nie mówię. Otóż po piętnastu latach kapłaństwa spadła na mnie wielka tragedia…

Ksiądz przerwał na chwilę, jakby nabierając siły do zmierzenia się z czymś ciężkim.

– W wypadku zginął mój brat, jego żona i syn. Przeżyła tylko mała córeczka, która była w foteliku. Wiadomość o ich śmierci spowodowała wielki ból, nie potrafiłem się z tym pogodzić. Nie prowadziłem nawet mszy pogrzebowej, pogrzebu… nie umiałem wypowiedzieć słowa. Moja wiara została zawieszona na kołku i podobnie jak pani znajomy, najpierw krzyczałem, a potem powiedziałem, że nie wierzę w to, że Bóg jest.

– Ksiądz? – przerwałam mu ze zdziwieniem. – Ksiądz stracił wiarę?

– Tak… jestem przecież tylko człowiekiem.

– Ja słyszałam o tym, że jest wielu niewierzących księży, a są nimi, aby sobie życie ułożyć, bo tak im wygodnie… Przepraszam, że to mówię, ale przecież rozmawialiśmy już kiedyś o tym. Ale że ksiądz stracił wiarę, to bym nigdy nie uwierzyła…

– Poprosiłem biskupa o przeniesienie do jakiegoś klasztoru, chciałem się wyłączyć z życia parafialnego, ale nie zamierzałem jeszcze odejść z kapłaństwa. Wiedziałem, że muszę przetrawić ten swój ból, a decyzję zostawiałem na później.

Patrzyłam na niego jak zamurowana. W życiu by mi to nie przyszło do głowy, że mój ksiądz proboszcz był człowiekiem niewierzącym.

– I coś się stało? – zapytałam.

– Tak stało się. Najpierw przez pół roku zajmowałem się tylko pracami ogrodowymi w tym klasztorze. Chodziłem z zakonnikami na modlitwy, a czasami nie chodziłem. Oni byli dla mnie tolerancyjni. Miałem ojca duchowego, który rozmawiał ze mną, ale tylko wtedy, gdy tego potrzebowałem. Nie spowiadałem się jednak, nie odprawiałem mszy świętej. Byłem jak w zawieszeniu pomiędzy niebem a ziemią, czy raczej wbity pod ziemię.

– Niesamowite – szepnęłam.

– Teraz też mi się to wydaje niesamowite. Po pół roku przełożony poprosił mnie, abym zaangażował się w działania hospicyjne, bo prowadzili hospicjum onkologiczne. Zaangażowałem się, bo chciałem być aktywniejszy. Zawsze lubiłem działać, niż siedzieć za biurkiem w kancelarii. Jednak kolejne wizyty w domach ludzi, gdzie była osoba umierająca na raka, jeszcze bardziej utwierdzały mnie w przekonaniu, że Boga nie ma, że istnieje tylko chaos kosmosu i to wszystko.

Przerwał na chwilę, zrobił łyk herbaty i kontynuował dalej:

– Polubiłem nawet to odwiedzanie chorych… może to słowo, polubiłem, jest nieadekwatne… bo musiałem się mierzyć z ludzkim cierpieniem, a to było dla mnie w pewnym sensie bolesne… ale chętnie wykonywałem swoje obowiązki związane z wizytami domowymi lekarza, księdza, pielęgniarki… bo w takiej ekipie jeździliśmy do rodzin. W zasadzie ja nie wiedziałem, co mam mówić, bo ani nie byłem w stanie wykrzesać z siebie słów nadziei dla rodziny, ani wiary… raczej pomagałem pielęgniarce, lekarzowi… resztą zajmował się ksiądz.

– Czyli widząc takie cierpienie, to ksiądz proboszcz już zupełnie…

– Tak – przerwał mi – zupełnie. Ale po pół roku takiego jeżdżenia, odwiedziliśmy pierwszy raz pewien dom. Matka samotnie wychowywała syna, miał osiemnaście lat, nowotwór bardzo zaawansowany, z przerzutami, nie było już mowy o ratunku. To była prosta kobieta, a miała takie dobre oczy, że do tej pory je pamiętam. Jak zwykle uczestniczyłem tylko w pomaganiu pielęgniarce, gdy nagle ta kobieta zaczęła mówić do mnie. Nie wiem, dlaczego właśnie do mnie. Najpierw patrzyła mi długo w oczy, a potem powiedziała, że ma tylko tego jednego syna, a mąż zginął w wypadku na motocyklu. I znów patrzyła mi w oczy. Chciałem wtedy odwrócić wzrok, bo aż się przeraziłem jej spojrzenia. Ale zawstydziłem się, patrzyłem na jej twarz. Przeszywały mnie dreszcze. Zaczęła mówić… teraz mam tylko jego, ale on wkrótce odejdzie. Bo to Bóg daje nam życie tu na ziemi, a potem zabiera nas stąd wtedy, kiedy zechce. Do innego życia. Nie wiem, kiedy ja umrę. Chciałabym jak najszybciej. Ale przecież tego nie możemy wiedzieć i nie możemy przyspieszyć. Żyć trzeba i wierzyć, że tam się wszyscy spotkamy. Skończyła mówić, a ja patrzyłem na nią jak na Hioba.

Ksiądz przerwał swoje przemówienie, chwilę myślał, ale dokończył:

– Po skończonej wizycie zamknąłem się w celi, rzuciłem na łóżko i… tak, zacząłem szlochać. Poczułem realnie dłoń Boga na sobie. To może teraz wydawać się banalne… śmieszne… ale ja wtedy przejrzałem. Bóg zdjął łuski z moich oczu, jak Szawłowi w Damaszku. Ja, który wcześniej byłem pewny swojej wiary, straciłem ją, oślepłem, a teraz Bóg przywrócił mi wzrok. Siedziałem w celi przez noc, dzień i następną noc. Nie wychodziłem, nie jadłem i nie piłem. Byłem jakiś porażony. Szlochałem, rozmawiałem z Bogiem, myślałem… potem przystąpiłem do sakramentu pokuty. Odprawiłem mszę świętą. O, miała dla mnie o wiele większy wymiar niż ta prymicyjna. Teraz dopiero sprawowałem mszę świętą z głęboką, duchową wiarą.

Gdy skończył mówić, milczałam i ja. Siedzieliśmy patrząc sobie w oczy. Wreszcie uśmiechnął się i powiedział:

– Na mnie już czas.

– Bardzo, bardzo dziękuję księdzu za to wyznanie – mówiłam wzruszona.

– Nie opowiadam o tym w zasadzie nikomu…

– A szkoda… bo to jest wspaniała opowieść…

– Może i tak…

Odwiozłam księdza na plebanię i wróciłam do pustego domu. Była dwudziesta pierwsza, gdy nagle rozległ się dzwonek telefonu. Odebrałam i usłyszałam jego głos.

Ciąg dalszy nastąpi 🙂

Kochani – mam prośbę – niaciśnijcie i przejdźcie na moją stronę firmową, to pomoże pozycjonować ją w googlach STRONA PAWŁA

CZĘŚĆ PIĄTA – naciśnij

17 komentarzy do “MIŁOŚĆ NA SKRAJU LASU – część 4 – opowiastka dla dorosłych

  1. Życie to jedna niewiadoma. Miłość z najbardziej twardych ludzi robi ślepca. Nie dziwię się tej pani,że tak się zakochała. Samotność każdego rozpiera.Wiesz Pawle, ,że człowiek po ciężkich wydarzeniach jest odporniejszy, ale z miłością nikt nie wygrał..Boże tak bym chciała, żeby przyjechał do niej i żyli długo i szczęśliwie. Pozdrawiam

  2. dobrze sie lączy z poprzednią dochodzi refleksja z udzialem księdza -problem wiary …to ubogaca rozszerza .tresc opowiastki ……

  3. Każda ludzka historia jest inna i wyjątkowa, a miłość rodząca się między dwojgiem ludzi oparta na własnym scenariuszu. Czasem tworzą go ludzie od dawna pragnący miłości i prowadzący jej intensywne poszukiwania. Innym razem przychodzi zupełnie nieoczekiwanie, uderza z całą swoją mocą, zmieniając życie dwojga już na zawsze.Piękne, wzruszające i czasem zaskakujące historie, nad którymi trzeba się chwilkę zastanowić.
    Warto poświęcić trochę czasu i poznać losy bohaterów opowieści …..Gorąco polecam Wszystkim <3 Pozdrawiam Paweł miłego popołudnia życzę <3 czekam na dalsze części .

  4. Dziekuję serdecznie za czwartą część opowiastki. Pawle robisz to tak , ze nie mozna przerwać trzeba czytac do konca .
    Oprócz odczuc Krystyny, jej bólu, tesknoty , pięknie pokazujesz miłość duchową.
    Pokazujesz zwątpienie
    i nagłe przebudzenie silniejszego , gotowego do wiekszej wiary czlowieka.
    Z wielką niecierpliwością czekam na kolejną część tej opowiastki.

  5. Krystyna wyczulona jest teraz na przyjazd gosci, dźwięki telefonu.Dobrze , ze ma z kim porozmawiać.Przy okazji z księdzem porusza problem wiary.Wiara i miłośc to dwie z trzech siostr.Wszystkie ważne są w życiu.Krzysztof może mieć problem miłosci i przysięgi małzenskiej .Moźe są dzieci? Budując nową miłość moźna krzywdzić innych.

  6. Pięknie zakielkowala w sercu miłość.Czesto tracimy wiarę gdy umierają nam bliscy. Rozmowa Krystyny z księdzem. Ile trzeba przejść by na nowo ja odzyskać. I wierzyć w Boga.

  7. JAK RÓŹNE SĄ LOSY LUDZKIE… MOJA BABCIA, ZARAZ O WOJNIE ZOBACZYLA NA DRODZE, OBDARTEGO, PŁACZĄCEGO, MAŁEGO CHŁOPCA-UKRAIŃCA..JAK SIĘ POTEM OKAZAŁO I CHOC SAMA MIAŁA 5 DZIECI TO I TEGO PRZYGARNĘŁA, NADAŁA MU IMIĘ, POKOCHAŁA, WYCHOWAŁA.KIEDY JUŹ JAKO MŁODZIENIEC DOWIEDZIAŁ SIE KIM JEST…. ZACZĄŁ POSZUKIWANIA SWOICH RODZICOÓW PRZEZ PCK I NIE TYLKO…PORUSZYL NIEBO I ZIEMIE. PROSIŁ BOGA BY DAŁ MU JAKIS JEDEN..JEDYNY ZNAK NT ICH ISTNIENIA LUB RODZINY. POTEM ZOSTAL KSIĘDZEM. ZNAKU NIGDY NIE DOSTAL, ZWĄTPIŁ….POZNAŁ KOBIETE, OŹENIŁ SIE, ZOSTAŁ TEZ SZCZESLIWYM TATĄ.SPEŁNIL SIE RÓWNIEŹ ZAWODOWO.DALSZE JEGO ŹYCIE POTOCZYŁO SIĘ JAK W BAJCE…E

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.