MIŁOŚĆ NA SKRAJU LASU – część 8 – opowiastka dla dorosłych

CZĘŚĆ PIERWSZA – naciśnij

CZĘŚĆ DRUGA – naciśnij

CZĘŚĆ TRZECIA – naciśnij

CZĘŚĆ CZWARTA – naciśnij

CZĘŚĆ PIĄTA – naciśnij

CZĘŚĆ SZÓSTA – naciśnij

CZĘŚĆ SIÓDMA – naciśnij

Siedzieliśmy do późnej nocy, więc rano pospaliśmy sobie dłużej. To znaczy ja z Krzysztofem, bo Artur wcześniej poszedł na mszę świętą do kościoła, a po powrocie przyrządził śniadanie. Jak zwlekliśmy się z łóżek, w domu roznosił się zapach kakao i świeżego pieczywa. Zarzuciłam na siebie szlafroczek i zasiadłam do stołu, bo byłam głodna. Po chwili przyszedł też Krzysztof w pidżamie. Pałaszowaliśmy bułeczki z białym serem, który wczoraj przyniósł Artur od leśniczego i z jego konfiturami leśnymi.

Po śniadaniu panowie postanowili pojechać do Kamiennej Góry, a ja zostałam w domu, żeby trochę popracować. Zanim jednak otworzyłam laptop, przypomniałam sobie nasze wczorajsze lęki o Iwonę i Artura. Śmiałam się sama do siebie, bo spodziewałam się najgorszego, to znaczy, że moja koleżanka zwabiła księdza do swojego domu. Tymczasem w głębi lasu spotkali Henryka, który zaprosił ich do leśniczówki. Pokazywał im fotografie fauny i flory leśnej, bo przygotowuje wystawę w Jeleniej Górze. Henryk jest zapalonym fotografem, ma w tej dziedzinie wiele sukcesów. Komórek nie odbierali, bo zostawili je w kurtkach w korytarzu, więc nic nie słyszeli. Cóż, należymy jeszcze do tego pokolenia, które wchodząc do cudzego domu z wizytą, komórkę zostawia razem z odzieżą na wieszaku. Dla nas jeszcze liczą się relacje twarzą w twarz, a nie uchem w ucho czy eSMSami. Denerwowaliśmy się więc z Krzyśkiem bardzo, gdy nagle podjechał samochód leśniczego, który ich podrzucił, bo było późno. Myślę, że Krzysztof był trochę przerażony, ja niepokoiłam się tylko. No, ale wszystko się wyjaśniło.

Śmiałam się i patrzyłam w okno. Śnieg sypał wielkimi płatkami. Poczułam, jak piękny może być świat, gdy nie ma na głowie problemów. Gdy człowiek w swej dorosłości, może być przez jakiś czas zupełnie beztroski. Gdy może czuć bliskość innych, rozmawiać, radować się, patrzeć na lecące jak motyle płatki śniegu. Jednak gdzieś z tyłu głowy czaił się we mnie lęk. Miałam świadomość tego, że jak szczęście dojdzie do punktu kulminacyjnego, to zaczyna się odwrót. Fala się cofa, jest odpływ. Zaczyna się robić coraz mniej miło. To, co wydawało się uporządkowane, rozpada się, zaczyna stwarzać trudności i kłopoty. Śnieg przestaje cieszyć, rozmowy nie dają satysfakcji, człowiek diagnozuje problemy, aby jakoś je rozwiązać. Im bardziej brak pomysłu na rozwiązanie węzła, tym bardziej uczucia pogrążają się w ciemnej nocy. A ja bałam się, że wkrótce ta sielanka się skończy. Przecież Krzysiek może wyjechać. A to byłby problem nie do rozwiązania.

Popracowałam trochę, ugotowałam zupę ogórkową w międzyczasie, aż wrócili panowie. Przywieźli wypiekacz do chleba.

– Tego ci jeszcze Krysiu brakowało – śmiał się Krzysztof. – Będziemy teraz piekli chleb.

– Wspaniale… przyznaję, że nosiłam się z zamiarem takiego zakupu.

– A poza tym, ja dzisiaj gotuję bigos. Moglibyśmy jutro zrobić jakąś imprezę.

– Dobry pomysł – potaknęłam – wiem nawet jaką. Zaraz zatelefonuję do leśniczego i poproszę go, aby zrobił kulig. Organizujemy taki czasami dwa razy do roku, zawsze jest trochę ludzi chętnych.

I faktycznie, na sobotę został umówiony kulig. Krzysztof wziął się za gotowanie, a ja z Arturem usiadłam w saloniku przy kominku i herbacie.

– I jak to jest z tą twoją ponadreligijną wiarą? – zapytał Artur.

– Oj, zaraz tam wchodzisz w takie ciężkie tematy…

– Bo jestem ciekawy. Spotykam różnych ludzi. Najczęściej katolików, którzy nie mają zielonego pojęcia o katolicyzmie. Jeszcze jest świetnie, gdy są dobrymi ludźmi, krzywdy nikomu nie czynią. Ale jest wielu takich katolików, którzy swoją wiarę sprowadzają do niedzielnej mszy świętej, spowiedzi co jakiś czas, a poza tym ani nic więcej o katolicyzmie nie wiedzą, ani go nie czują. A na dodatek mają wiele codziennego zła w sobie.

– Aż tak źle?

– Może przesadziłem trochę, chciałem jednak przejaskrawić, aby nam się lepiej dyskusja potoczyła… Chodziło mi o to, że wielu katolików chodzi do kościoła, bo tak trzeba, wypada, bo to jest dla nich lęk, że mogłoby się coś złego stać, gdyby nie poszli…

– Wiedza o katolicyzmie nie równa się przecież wierze. Moja mama była bardzo prostą kobietą, niewiele wiedziała, ale wierzyła całą sobą. Była pięknym człowiekiem, żyła wartościami dobra i prawdy. Miała swoje wady, jak każdy, ale była bardzo szanowana przez ludzi.

– No tak, źle zacząłem tę naszą rozmowę… wiedza o dogmatach, znajomość pisma świętego, umiejętność cytowania nie są tożsame z wiarą.

– Wiesz, ja swoją wiarę mam po mojej mamie. Ona nie rozróżniała katolicyzmu od protestantyzmu, czy w pewnym sensie innych religii. Dla niej był Bóg, Pan Jezus, Matka Boża, święci. Ale ona czuła też energię Boga, który mógłby być Bogiem wszystkich. Była katoliczką, ale była czymś więcej, była bowiem chrześcijanką. Nie miała najmniejszego pojęcia o ekumenizmie, ale dla niej problem zjednoczenia na przykład chrześcijan nie istniał. Rozmawiała ze wszystkimi. Miała znajomych z Kościoła ewangelicko-reformowanego, Zielonoświątkowców, a nawet Świadków Jehowy. I ze wszystkimi się dogadywała.

Przez cały mój długi wywód Artur milczał, słuchał w skupieniu, kiwał głową.

– Czasami – zaśmiałam się – gdy ją denerwowali krytyką wyznania katolickiego, gdy atakowali papieża, albo Matkę Bożą, to kazała im milczeć i wspólnie się pomodlić modlitwą „ojcze nasz”. W swojej wierze miała więc pewne filary nienaruszalne, a wszystko inne było dla niej elastyczne.

– Rozumiem – rzekł, gdy skończyłam – i ty masz podobnie?

– Właśnie tak. Chociaż był czas, kiedy bardzo buntowałam się przeciwko mamie. Starałam się jej wszystko tłumaczyć, czym jest msza święta, że inne wyznania są złe, że tylko my mamy rację. Należałam wtedy do oazy. No i chyba tam mnie nakręcali. Chociaż na pewno w oazie dostałam pewną podbudowę wiary. Mama wysłuchiwała mnie bardziej lub mniej cierpliwie. A potem szłam swoją drogą wiary, właśnie w stronę tego, co prezentowała sobą moja mama.

– Świetnie. Z przyjemnością cię wysłuchałem. Myślę, że twoja postawa jest kapitalna. Są pewne filary nienaruszalne, a w przypadku drobiazgów elastyczność. Najgorzej jak się katolicy kłócą o szczegóły, a nie przyjdzie im do głowy, aby się wspólnie pomodlić.

– No tak… – przytaknęłam.

– Słyszę, słyszę – odezwał się w pewnym momencie Krzysztof z kuchni – że ciężkie tematy wałkujecie.

– Jak ci idzie? – zapytałam.

– Doskonale – odparł – uwielbiam gotować bigos zimą. Całe szczęście, że ja kwestię wiary mam już z głowy.

– No, całe szczęście – zaśmiał się Artur. – Bo w przeciwnym wypadku musiałbyś zaufać i uwierzyć w coś niewidzialnego bezpośrednio.

– Pośrednio Boga też jakoś nie widziałem i nie widzę – zaprzeczył Krzysztof. – W Boga-Stówrcę to może bym i jeszcze mógł wierzyć – mówił pokazując się w saloniku – ale w Opatrzność Bożą to już zupełnie nie. Nie ma czegoś takiego. Może i Bóg stworzył świat, ale pozostawił go samemu sobie i się w niczym nie wtrąca. Dał człowiekowi całkowitą swobodę. I dobrze, bo po co człowiek miałby być marionetką?

– Czyli w stworzenie świata jesteś gotów uwierzyć? – zapytałam żartobliwie.

– No, to jeszcze tak. Stwórca był i się zmył. Zostaliśmy sami na tym padole łez i płaczu.

Rozbawieni zaczęliśmy się śmiać. No, bo cóż można było powiedzieć Krzyśkowi? On w tej chwili tak czuł. Nie da się kogoś siłą nawrócić. Nawet nie warto próbować nic tłumaczyć, bo wtedy ten ktoś jeszcze bardziej się zacietrzewia i zamyka.

O tym samym pomyślał chyba Artur, bo nagle zaproponował mi:

– Krysiu, a gdybyśmy tak się we dwoje poszli teraz na spacer po lesie i odmówili różaniec?

– Chętnie – odparłam szybko. – Dawno nie odmawiałam, czasami tylko zaglądałam w październiku do kościoła, ale ostatnio ze dwa lata temu.

– Wspaniale – ucieszył się ksiądz. – Pomodlimy się o nawrócenie dla Krzysztofa – dodał ni to żartując, ni to mówiąc poważnie.

Krzysztof popatrzył na nas i spoważniał.

– Są rzeczy, z których się nie żartuje – powiedział.

– Ale ja nie żartowałem – odparł równie poważnym głosem Artur.

Pomodliliśmy się zatem spacerując po lesie i po pół godzinie znów zaczęliśmy rozmawiać. Tym razem Artur wszedł na temat moich relacji z Krzysztofem.

– Myślisz, Krysiu, że poradziłabyś sobie sama ze sobą i z Krzyśkiem, gdyby u ciebie zamieszkał? – zapytał znienacka.

Zamyśliłam się dłuższą chwilę.

– Co przez to rozumiesz? – odpowiedziałam wreszcie pytaniem na pytanie. – Wyjaśnij, proszę.

– Mam świadomość, że poczułaś do niego coś więcej.

– Bo tak jest faktycznie…

– No właśnie. A on jest cały czas targany przeszłością. Nie wiem, co ci o sobie mówił…

– Mówił dużo…

– Nie wiem, czy wszystko… ale ja nie mogę tego mówić. On ci to musi sam powiedzieć. Ja chciałem tylko wiedzieć, czy jesteś na tyle silna wewnętrznie, aby zmierzyć się z jego chorobą?

– Chorobą? – pytanie zamarło mi w ustach.

– To, co się z nim teraz dzieje, to swoista choroba.

– Aha, no tak… to wiem…

– No właśnie. Jeśli zostanie u ciebie, to dużo się o nim dowiesz. Bardzo dużo.

– Po to się jest razem, aby się poznawać.

– Mówisz to teraz tak bardzo lekko, ale pamiętaj, że jeśli się kogoś oswoi, to bierze się za niego odpowiedzialność.

– Tak powiedział Lis do Małego Księcia – zaśmiałam się. – Arturze, nie wiem, co się jeszcze dowiem o Krzyśku. Ale wiem, że chciałabym mu zapewnić cichą, spokojną przystań, w której odnalazłby poczucie bezpieczeństwa i wiarę w siebie.

– Pięknie to brzmi, ale życie…

– Ja wiele przeszłam – odparłam dziarsko – i nie boje się trudów życia z drugim człowiekiem, który ma problemy.

– Czy myślisz, że jak obdarzysz go swoimi uczuciami, to on wyzdrowieje? Że wtedy odda ci te uczucia?

– Nie wiem. Ale trzeba próbować. A czy odda? Nie wiem…

– Przepraszam, że poruszyłem ten temat, ale chciałem być z tobą szczery. A u mnie co na sercu, to i na języku.

– Nie ma sprawy. Cenię ludzi szczerych. Twoje słowa pomagają mi zebrać myśli. Przez te kilka dni tak wiele się wydarzyło, a ja wcale jeszcze nie miałam okazji ogarnąć tego jakoś racjonalnie. Cały czas faktycznie grają u mnie tylko emocje.

– Krysiu. Nie chciałem cię do niczego zniechęcać. Po prostu przedstawiłem swoje myśli, wątpliwości…

– Rozumiem – pokiwałam głową.

Temat został wyczerpany. Zawróciliśmy do domu. W tym momencie odezwała się moja komórka. Spojrzałam, telefonował Maciej.

– Przepraszam – powiedziałam do Artura – odbiorę, bo to mój syn.

Odebrałam telefon. Usłyszałam radosny głos Maćka, który od początku rozmowy zaczął żartowa:

– Mamo, masz świetnych gości. Szczególnie ten Krzysztof… – urwał.

– Nie rozumiem…

– No, on w tobie taki zakochany. Dlaczego nic mi wcześniej nie mówiłaś?

– Co ty bredzisz Macieja? – śmiałam się.

– Przecież widziałem, on patrzy w ciebie jak w obrazek. On się zakochał do szaleństwa, a ty tego nie widzisz, czy nie chcesz mi powiedzieć?

– Znam go parę dni…

– Mamo, zawsze byłaś nieobliczalna. Ale ja jestem za, gdyby trzeba było przeprowadzić rodzinne głosowanie…

– Za czym jesteś za? – udawałam, że nie rozumiem.

– Żebyście byli razem… jak wracałem do Wrocławia, to całą drogę się śmiałem sam do siebie. Cieszę się, bo martwiłem się, że zdziczejesz tam na skraju lasu.

– Oj, Maciek, Maciek…

– Oj, mamo, mamo… Życzę powodzenia – powiedział i pożegnał się.

– Domyślasz się, o czym rozmawialiśmy? – zapytałam Artura, gdy schowałam komórkę do kieszeni kożuszka.

– Piąte przez dziesiąte.

– Mój syn powiedział, że Krzysztof jest we mnie zakochany do szaleństwa i życzy nam powodzenia.

Artur zaśmiał się. Było nam wesoło. Opowiedział kilka anegdotek związanych z miłością, zdradą i małżeństwem i dotarliśmy do domu, gdzie królował Krzysztof.

I faktycznie jego bigos był rewelacją kuligu, który odbył się nazajutrz. Najpierw pędziliśmy sankami po leśnych duktach zasypanych śniegiem, a potem zajechaliśmy na dużą polanę, gdzie rozpalone było ognisko. W kotle podgrzewał się bigos Krzysztofa, piekliśmy kiełbaski, popijaliśmy wódeczkę. Zebrało się kilka osób. Między innymi była Iwona z tym swoim nowym mężczyzną, Romkiem. Zabawa trwała do pierwszej w nocy. Artur tylko wycofał się koło dziesiątej, bo nazajutrz była niedziela, a on miał sprawować od rana msze.

I faktycznie odprawił, wygłosił piękną homilię, opowiadając trochę o sobie. Mówił o misjach, na których był w Afryce przez siedem lat, ale musiał wrócić ze względu na stan zdrowia. I że bardzo pragnie tam jeszcze wrócić. No, w ogóle ślicznie, pięknie.

Możecie jednak wyobrazić sobie minę Iwony, która stała koło mnie, na widok Artura ubranego w ornat. Spojrzała złowrogo na mnie, a ja nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem.

– A co by było, gdyby… – szepnęła mi do ucha.

Śmiałam się jeszcze bardziej.

Ale wieczorem nie było mi już do śmiechu. Krzysztof ustalił z Arturem, że wyjadą we wtorek. Godziny zamieniały się w minuty, a minuty w sekundy… czas się tak rozpędził jak lokomotywa z góry. A ja czułam się jak mrówka rzucona na szyny. Czyż mrówka może zatrzymać pociąg? – pytałam sama siebie słowami młodopolskiego poety.

Poniedziałkowy wieczór to była istna żałoba. Jakiś koszmar. A na dodatek Krzysztof chyba też czuł się z tym wszystkim źle, bo chciał mi się jakoś odwdzięczyć. Tak wtedy pomyślałam. Gdy mijaliśmy się w korytarzyku wieczorem, przytulił mnie i pocałował szybko w usta. Objęłam go mocno, ale zaraz puściłam. Starałam się zapanować nad swoim ciałem. Nie pokażę mu tego, jak bardzo go pożądam. I tyle… nic więcej.

Rano, po śniadaniu, panowie wynieśli swoje walizki do samochodu. Staliśmy przed domem w słońcu, psy biegały, a my milczeliśmy. Mieliśmy oczy spuszczone w dół. Nikt z nas nie chciał odezwać się pierwszy. Za to każde z nas czuło tragizm tej chwili. Wiedziałam, co poczuję, gdy odjadą.

Ciąg dalszy nastąpi 🙂

Jeśli podobało Ci się opowiadanie, to pomóż mi pozycjonować moją stronę firmową, wystarczy wejść STRONA PAWŁA – naciśnij

CZĘŚĆ DZIEWIĄTA – naciśnij  

15 komentarzy do “MIŁOŚĆ NA SKRAJU LASU – część 8 – opowiastka dla dorosłych

  1. Moim zdaniem to najlepsza częśc.Jak zawsze.piszesz ciekawie.Swietne dialogi.Włączyło się normalne myślenie bohaterów.Bardzo ważne jest to , źe powiększasz czytelnictwo i podnosisz jego statystykę .Tak trzymaj Pawełku.! Zycie duchowe człowieka to temat waźny dla wszystkich. TY GO DOTYKASZ.

  2. czytałam jednym tchem i co….?? w najważniejszym momencie znowu opowiastka się zakończyła…cierpliwie poczekam na ciąg dalszy

  3. Bardzo piękna jest 8 część a zwłaszcza jej duchowa nutka za którą bardzo dziękuję.Jutro jeszcze raz przeczytam z głębszym zrozumieniem. Podoba mi się taki rozwój akcji no i mój leśniczy powinien się uaktywnić po wyjeździe Krzysztofa, który jest chory z miłości do żony. Sorry – to nie ja piszę opowiadanie. Czekamy na kolejną część.

  4. ponownie opowiastka ozyła…. rozne sciezki do Boga….fajnie umiejscowione i nie za duzo. Najbardziej warty fragment to rozmowa z księdzem i chorobie Krzysztofa…bo choroby sa rózne ….i zaciekawilo mnie jaka jest konstrukcja jego osoby mysle, ze nosi w sobie troche ciemności…..

  5. Piekna kolejna czesc- czytalam nie odrywajac oczu- juz czekam na nastepna-dziekuje Pawełku za tak slixzne milosne opowiadnie- oby zakonczyło sie hepi-endem!

  6. Czytam a tu….koniec i co dalej, czekam niecierpliwie. Temat kościoła, wiary i Boga. Temat tak drażliwy dla ludzi. Pieknie ujete myśli o tym wszystkim. Ja też nie jestem katoliczką praktykującą ale tak jak Krysia zachowuję się neutralnie do każdej wiary i mam znajomych różnych. Stąpam w swoim życiu tak aby nie robić nikomu przykrości a jak ktoś zrobi mi przykrość to odsuwam się od takiej osoby ale nie krytykuję bo nie warto. Samotna Krysia czeka niecierpliwie na miłość, niech się spełni jej marzenie.Samotność w domu krzyczy, wiem coś o tym.

  7. Coraz bardziej wciągająca opowieść, jestem bardzo ciekawa co zrobi Krzysztof ..Pawle powiadom mnie o nowej części bo nie bywam często na FB. Pozdrawiam najcieplej.

  8. Pawełku pisz…nie mam odwagi komentować..piszesz pięknie z literackim polotem.
    Pozdrawiam serdecznie..

    Jolanta Pawlicka..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.