MIŁOŚĆ NA SKRAJU LASU – część 10 – opowiastka dla dorosłych

CZĘŚĆ PIERWSZA – naciśnij

CZĘŚĆ DRUGA – naciśnij

CZĘŚĆ TRZECIA – naciśnij

CZĘŚĆ CZWARTA – naciśnij

CZĘŚĆ PIĄTA – naciśnij

CZĘŚĆ SZÓSTA – naciśnij

CZĘŚĆ SIÓDMA – naciśnij

CZĘŚĆ ÓSMA – naciśnij

CZĘŚĆ DZIEWIĄTA – naciśnij

 

Patrząc z perspektywy roku na moje relacje z Krzysztofem myślę sobie, że gdyby wtedy nie przyjechały dziewczyny, gdybyśmy spełnili swoje gorące pożądanie, to może wszystko wyglądałoby inaczej. No, ale gdybać to sobie zawsze można. Przyjechały zatem dwie moje koleżanki, akurat wtedy, gdy nasze usta błąkały się w pokusie szaleństwa, ganiały, wirowały. Tuliliśmy się mocno do siebie. Całował moje oczy, a ja rozchylałam wargi, abyśmy zespolili się w głębokim pocałunku… i wtedy zabrzmiał gong przy bramie.

Zesztywnieliśmy oboje. Nawet gdybym nie otworzyła, to jakiś czar naszych zmysłów na moment oddalił się, znikł. Krzysztof patrzył na mnie pytająco. Wzruszyłam ramionami:

– Nikogo się nie spodziewałam.

Puściłam mojego mężczyznę i poszłam do kuchni, aby wyjrzeć przez okno. Za bramą stała Joaśka i Monika. Dzwoniły natarczywie. Wyszłam więc, aby je przywitać.

Przeprosiły za niespodziewany najazd, ale uznały, że skoro są w okolicy, to mnie odwiedzą. Tym bardziej, że słyszały, że przeszłam miłosny zawód i odczuwam samotność. Oczywiście to Iwona naplotła im takich głupstw. Nie miałam wyjścia i zaprosiłam je do domu. Krzysztof siedział w saloniku. Przedstawiłam sobie towarzystwo i chyba wtedy zaskoczyły, że przeszkodziły nam. Niemniej jednak rozsiadły się wygodnie i zaczęły rozmowę z Krzysztofem, gdy ja przygotowywałam kawę i kroiłam ciasto.

Po kilkudziesięciu minutach rozmowa toczyła się wartko, złość mi przeszła. Pomyślałam sobie, że mamy przed sobą jeszcze tyle nocy i dni, że i sił nam braknie.

– Skoro będziesz miał wolne moce przerobowe – mówiła Joanna do Krzyśka – to na pewno będę miała dla ciebie sporo zleceń z tłumaczeniami. W kancelarii, gdzie pracuję, często są potrzebne. W jedną i w drugą stronę, a przecież porozumiewać możemy się zdalnie.

Joasia była w Jeleniej Górze prawnikiem w dużej kancelarii, zajmującej się głównie obsługą biznesu. Monika była z kolei lekarzem internistą i też mieszkała w Jeleniej Górze.

– No to z głodu nie zginę – śmiał się Krzysiek. – A ta praca w szkole jest jeszcze?

– Chyba jest – odparłam. – Trzeba będzie skontaktować się z Iwoną.

– Ona mówiła, że jest – wtrąciła się Monika. – Bo my w sumie byłyśmy u niej dzisiaj i coś wspominała…

– No widzisz… – zaśmiałam się, patrząc Krzysztofowi głęboko w oczy. – Sprawa pracy się wyjaśniła, a co do obowiązków domowych, to myślę, że też jakoś się podzielimy.

– W zasadzie – odezwała się Joanna – to przyjechałam cię Krysiu, a teraz to was razem, zaprosić na moją pięćdziesiątkę, która będzie za miesiąc.

– A to dopiero… to ty jeszcze taka gówniara jesteś? – zażartowałam. Była bowiem młodsza ode mnie młodsza o trzy lata.

– Aż tak dużo starsza jesteś ode mnie? – dopytywała.

– Dużo, dużo – mówiłam, nie zdradzając, ile mam lat. – Czyli wielka impreza się szykuje?

– Oj tak, mam dużą rodzinę, znajomych z pracy i w ogóle… bal na sto osób…

– No, no… – pokiwałam głową – całkiem nieźle.

Dziewczyny posiedziały jeszcze z godzinę, na dworze zaczęło się robić szarawo. A ja czekałam, kiedy pojadą, bo chciałam już Krzysztofem zostać sama. Jednak tematów do rozmów nie brakowało. Zaczęliśmy nawet omawiać kwestię wolności.

– Każdy z nas czuje się wolnym człowiekiem – mówiła Joanna. – W zasadzie samodzielnie i autonomicznie podejmujemy wiele decyzji, jesteśmy przecież dorośli. Możemy pójść w lewo lub w prawo, co zależy od naszego widzimisię. Możemy kupić bułkę lub chleb, dać ofiarę w kościele lub wypić kielicha, wystawić sikorkom słoninkę lub strzelać do ptaszków.

– Możemy też rozstrzygać w poważniejszych sprawach samodzielnie – dodałam – ale czy to oznacza, że każdy człowiek jest wolny? Że wolność ma się wraz z urodzeniem?

– Nasza wolność została nam wpisana w procesie wychowania, już od chwili urodzenia – odezwał się Krzysztof. – Wolność wraz ze swoimi ograniczeniami była nam przekazywana przez rodziców, nauczycieli, przyjaciół… dowiadywaliśmy się, że coś jest kulturalne, a coś nie; że coś wypada, a coś nie; że coś jest cacy, a coś be…

– Środowisko wychowawcze na pewno wpłynęło na naszą wolność – pociągnęłam temat dalej. – Dlatego jeden z nas wrzuca na tacę w kościele, a drugi przechyla kieliszek i leje wódę w gardło. To taka gruba przenośnia różnorodnych naszych możliwości, zachowań, postaw… przecież one skądś się wzięły.

– Jesteśmy wolni, bo jesteśmy sobą, a jesteśmy takimi, jakimi nas ulepiono w dzieciństwie, w młodości, ale nawet w życiu dorosłym – dodała Monika. – Nie wybieramy czegoś przypadkiem, ale w ten sposób, aby to było zgodne z naszym sumieniem, naszą hierarchią wartości, naszymi poglądami. Jesteśmy więc wolni, czy jesteśmy ograniczeni naszym „Ja” kulturowym, pewnym kodem, który został w nas wpisany?

– Coś w tym jest – przytaknęłam – bo jeśli wpisano w nas zawiść, zazdrość, obmowę, dokopywanie komuś, hipokryzję, dwulicowość? To, co wtedy? Czy taka osoba pełna nienawiści jest wolna, czy zniewolona antywartościami, w których ją wychowano? Czy wolnym jest tylko ten, kto ma przyswojone wartości humanistyczne, altruistyczne, nakierowane na radość życia, optymizm, wiarę w człowieka? Czy tylko on jest wolny?

– Filozofowie stawiają jeszcze bardziej dogłębne pytania – wtrąciła Joanna. – Czy jesteśmy wolni i możemy zmierzać do określonych, wybranych przez nas wartości? Czy też jesteśmy zniewoleni i kierujemy się tylko popędami i pożądaniami?

– Ten filozoficzny dylemat jest trudny do rozwiązania – zaczął odpowiadać Krzysztof. – Jedni twierdzą, że zmierzamy w kierunku wartości, a więc niejako wciągamy się do nich jak po linie. Inni zaś twierdzą, że to pożądanie i popędy nas popychają. A więc ciągniemy się, czy jesteśmy popychani? A może i to, i to – w zależności od sytuacji, uwarunkowań?

– A ja wam teraz powiem coś z naszego podwórka – zaśmiała się nagle Monika. – Przecież w małżeństwie, no, czy w związku partnerskim nasza wolność zostaje ograniczona.

– No właśnie – śmiała się Joanna, spoglądając na mnie i Krzyśka – mało tego, znaczny zakres tej wolności oddaje się do wspólnego worka, z którego wyjmuje się decyzje podejmowane razem.

– Macie tego świadomość? – żartowała znów Monika, mówiąc to do nas, to jest do mnie i Krzysztofa.

– Ja mam – pokiwał głową – chociaż nie wiem, czy Krysia zdaje sobie z tego sprawę.

– Jestem tego w pełni świadoma – odpowiedziałam ubawiona.

– No, tak – żartowała dalej Monika. – Oddaje się pewne obszary wolności, ale w zamian zyskuje się przyjemności.

– No właśnie – uśmiechnęłam się.

Miałam dosyć już tej rozmowy. Zaczynała mnie nudzić, chciałam po prostu, aby pojechały. Co też i wkrótce się stało.

– Nie robiłam kolacji przy nich – odezwałam się, gdy zamknęła się za nimi brama – bo by nigdy nie wyniosły się od nas.

– Całkiem przyjemnie się rozmawiało – powiedział Krzysztof, co mnie lekko zirytowało, bo ja wcale nie miałam ochoty na rozmowy, a przynajmniej nie na rozmowy w szerszym gronie.

Czułam, że teraz nie ma nastroju do tego, abyśmy wrócili do sytuacji, w której zastały nas dziewczyny. Trzeba było zaczekać do nocy, więc poprosiłam go, abyśmy wspólnie przygotowali sobie kolację. Siedzieliśmy w kuchni, jedliśmy i rozmawialiśmy o błahostkach. Zupełnie nie poruszaliśmy poważnych tematów. Krzysztof nie mówił nic, co skłoniło go do podjęcia decyzji o przyjeździe. A ja spodziewałam się, że coś na to musiało wpłynąć.

Po kolacji przenieśliśmy się do saloniku, siedzieliśmy przy ogniu i zatopiliśmy się każde w swoich myślach. Miałam takie wrażenie, że chce coś mówić, ale jakoś nie wie, jak zacząć. Nie wiedziałam, czy mam pytać, czy milczeć. Wybrałam to drugie. Przecież jeszcze tyle czasu będzie na rozmowę.

– A swoją drogą – odezwał się wreszcie – to faktycznie ja będę ci ograniczał twoją wolność. Wiesz, cały czas jakoś dziwnie się czuję, że tu przyjechałem…

– Ale ja tego bardzo chciałam – przerwałam mu. – Nie jestem nastolatką i wiem, co robię.

– No tak, ale…

– Krzysiu… – zaświergotałam to jego imię – nie ma żadnego ale. Skoro ty doszedłeś do takiego wniosku, że lepiej będzie ci tutaj niż w Kielcach, to tylko potwierdziłeś moje przeczucia. Ja myślę podobnie, o czym ci od początku mówiłam.

– No tak, ale – powtórzył się – ale ty może oczekujesz po mnie nie wiadomo czego, a ja… a ja…

Patrzyłam na niego, nie przerywając mu. Trochę mnie zaskoczył taką bezpośredniością. Byłam ciekawa jak zakończy, ale on zamilkł na chwilę. Słychać było tylko trzaskający ogień w kominie.

– A ja nie wiem, czy jestem w stanie zaspokoić to, o czy myślisz – dokończył wreszcie.

– Krzysiu, mnie wystarczy, że będziesz. Naprawdę poczułam samotność, a z tobą czuję się znacznie lepiej.

– Ale mnie nie znasz…

– To poznam…

– Nic o mnie nie wiesz… a ja boję się cokolwiek tak naprawdę mówić o sobie, bo wtedy spadnę w twojej głowie z góry na dół…

– Aż tak źle? – zaśmiałam się zdziwiona jego słowami.

– Nie wiem… sam nie wiem… poza tym obawiam się, że mogą na mnie przychodzić różne stany… ja… ja leczę się psychiatrycznie… – powiedział przestraszonym głosem i zamilkł.

Znów milczeliśmy. Czyżby miał schizofrenię? Nie – myślałam sobie – pewnie stany depresyjne.

– Jeszcze przed rozwodem poszedłem do psychiatry, biorę leki…

– To dobrze, czy źle?

– Sam nie wiem, ale pomogły mi w cierpieniu…

Znów milczeliśmy. Nie chciałam mu mówić, że mam na te sprawy zupełnie inny pogląd. Że lekami cierpienia się nie uleczy, tylko trzeba je przeżyć, przetrawić, aby pójść dalej, aby się rozwijać wewnętrznie. Leki hamują poczucie cierpienia, ale tak naprawdę nie docierają do jego źródeł, nie rozwiązują problemu. Pomagają tylko trwać.

– Wiele zależy do jakiego psychiatry się pójdzie – odezwałam się jednak. – Jedni przepisują leki na cierpienie, a drudzy wolą inne metody…

Pokiwał głową i powiedział:

– Poza tym stwierdził u mnie dwubiegunówkę…

– A to jakaś nowość dla mnie. Nie słyszałam chyba…

– Możesz poczytać w internecie. No, ale nie jestem groźny dla otoczenia – zaśmiał się kończąc. – Leki mnie stabilizują, chociaż wyłączają zarazem. Ograniczają na przykład moje pożądanie, od paru miesięcy jestem taki, jak nie mężczyzna…

Patrzyłam na niego z rozbawieniem.

– Krzysiu – stwierdziłam po chwili milczenia – umówmy się, że będziemy mieszkali w tym domu tak, by sprawiać sobie radość, ale w niczym się nie ograniczać i nie krępować. Nic na siłę, nikt nikomu nie jest nic dłużny. Pamiętaj o tym, nie musisz mi niczego oddawać, ja niczego nie oczekuję. No, jedynie tego, że będziesz w miarę możliwości pomagał mi ogarnąć dom, no i gotowanie, sprzątanie…

– To jestem w stanie obiecać – zaśmiał się – a co do finansów, to też jakoś musimy ustalić…

– Zostawmy ten temat do jutra. Dzisiaj niech już wróci radość – powiedziałam – i zaczęłam mu opowiadać o związku moich znajomych. Oni doskonale się dogadali, a są już ze sobą ponad dziesięć lat i doskonale funkcjonują. Lepiej niż niejedno małżeństwo.

Rozeszliśmy się do swoich sypialni dość późno. Położyłam się zupełnie nago pod kołdrę. Jeśli przyjdzie to… chociaż z drugiej strony coś mi podpowiadało, że jednak nie przyjdzie. Zasnęłam.

Nie mam pojęcia czy długo spałam, ale obudziły mnie dłonie pieszczące moje ciało. Nie poczułam nawet, jak wszedł pod kołdrę. Musiałam mocno spać. Leżałam na boku, tyłem do niego. Pieścił gorącymi wargami mój kark, szyję, ramiona. Opuszkami palców bawił się twardymi piersiami. Odlatywałam… Wtulałam się pośladkami w jego łono coraz mocniej… mocniej… Czułam jak pieści mój brzuszek… Odwróciłam się na wznak. Szukałam jego ust. Złączyliśmy się w namiętnym pocałunku… Mruczałam przepełniona rozkoszą jak kot… Drżałam… Chciałam mu się oddać cała…

Ciąg dalszy nastąpi 🙂

Jeśli podobało Ci się opowiadanie, to pomóż mi pozycjonować moją stronę firmową, wystarczy wejść STRONA PAWŁA – naciśnij

CZĘŚĆ JEDENASTA – naciśnij 

23 komentarze do “MIŁOŚĆ NA SKRAJU LASU – część 10 – opowiastka dla dorosłych

  1. Witaj Pawełku. Gdybym była Krysią powiedziałabym” Och życie co Ty tam jeszcze dla mnie masz”. W myślach pisałam inny scenariusz dalszej części tego opowiadania. Gratuluję Ci pomysłu. Czekamy na dalszy bieg wydarzeń. Pozdrawiam.

  2. Jest pięknie… można rzec jak w filmie…Myślę,że zaniżone poczucie własnej wartości u Krzysia wywinduje się i podniesie poziom aspiracji…. a tym samym uwierzy we własne siły….

  3. No i ten Krzys niech odstawi leki i zacznie być mężczyzną w dosłownym tego słowa znaczeniu…nic tak nie leczy zranionych uczuć jak wspólne przebywanie i długie rzeczowe rozmowy przy kominku,rozmowa naprawde czyni cuda….uciekanie od problemów i rozpamiętywanie zranionych uczuć tylko pogłebia stany depresyjne.Czekam na dalszy ciąg wydarzeń,czyli…cdn……Dobranoc

  4. Jestem już na bieżąco … I to jest najgorsze …. Bo tak to klikalam część następna i czytałam a teraz muszę się uzbroić w cierpliwość tak więc czekam ….

  5. świetne……ale znowu wątek urwany…hmmmm. w bardzo interesującym momencie…cierpliwie czekam na dalszy ciąg…..

  6. Wczoraj odkryłam tę opowiastkę …, przeczytałam już wszystkie części i nie mogę doczekać się dalszych …., pozdrawiam

  7. Pięknie piszesz Pawełku…Kocha się raz..potem drugi i trzeci i czwarty…i coś mi się zdaje…
    że oba będą płakać…wiecie..ona by chciała…. a on nie może dogodzić kobiecie.
    Jesteśmy niczym bez miłości…powstaliśmy z miłości do miłości
    kochaj, żeby żyć…i żyj żeby kochać.
    Czekam na cdn….

  8. Alicja mówi „niech odstawi leki”…bo pojęcia nie ma, czym jest życie z taką chorobą dla samego chorego i dla najbliższych.
    A może okaże się iż to CHAD Krzysztofa był powodem rozpadu jego małżeństwa?
    Może dlatego jest mu tak bardzo ciężko po rozwodzie?
    Życie z taką osobą jest możliwe jeśli regularnie zażywa dobrze dobrane leki… Jednak Krysia pojęcia jeszcze nie ma, w co z takim uporem się pakuje…

    Poczekamy, zobaczymy ☺

  9. Pisz Pawełku…niezależnie jakie rozwiązanie tej sytuacji wybierzesz..muszą to przeżyć.
    serdecznie pozdrawiam. <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.