MIŁOŚĆ NA SKRAJU LASU – część 12 – opowiastka dla dorosłych

CZĘŚĆ PIERWSZA – naciśnij

CZĘŚĆ DRUGA – naciśnij

CZĘŚĆ TRZECIA – naciśnij

CZĘŚĆ CZWARTA – naciśnij

CZĘŚĆ PIĄTA – naciśnij

CZĘŚĆ SZÓSTA – naciśnij

CZĘŚĆ SIÓDMA – naciśnij

CZĘŚĆ ÓSMA – naciśnij

CZĘŚĆ DZIEWIĄTA – naciśnij

CZĘŚĆ DZIESIĄTA – naciśnij

CZĘŚĆ JEDENASTA – naciśnij

Mijał dzień po dniu, z prędkością błyskawicy. Wkrótce obchodziliśmy miesięcznicę naszej znajomości. Zrobiliśmy sobie przepyszną kolację przy świecach, a potem spędzaliśmy czas przy kominku. Tak, jak w każdy wieczór w zasadzie, bo lubiliśmy przebywać we dwoje, tak blisko siebie, wtuleni, wpatrzeni w ogień, zamyśleni albo rozmawiający o przeszłości. O przyszłości raczej staraliśmy się nie mówić. Poddaliśmy się fali życia, niosła nas, a nasza łódź miała rozpięty żagiel, sprzyjający wiatr wiał, więc płynęliśmy przed siebie.

Rzadko przyjmowaliśmy gości, chyba że spadali z nieba, tak jak Iwona ze swoim Piotrem. Ale z nimi miło się konwersowało. Bywał też Henryk z żoną, my u nich czasami na godzinkę. A poza tym samotność we dwoje. Bo było nam tak dobrze, bo chcieliśmy się cieszyć swoim uczuciem. Wzrastało z każdym dniem, chyba dlatego, że coraz bardziej przyzwyczajaliśmy się do siebie, że coraz bardziej Krzysztof czuł się wyluzowany, że coraz bardziej czuł się gospodarzem w domu.

W miesięcznicę naszej znajomości wysiedzieliśmy się przy ogniu, opowiadając sobie dobre przygody z życia, aby niczym nie psuć nastroju. Potem Krzysiu przygotował gorącą kąpiel w wannie, w łazience rozpalonej blaskiem świec i zapachem róż. Myliśmy sobie nawzajem plecy, aby w ten sposób zamanifestować, jak bardzo jesteśmy sobie niezbędni. A spokojna muzyka niosła nas w dal…

Potem łóżeczko, przytulanki, pieszczoty… jak zawsze…

A wspominam to z perspektywy czasu i mimo że dostałam po d…, to jednak ten okres był rozkoszny, cudowny, gorący. Czy coś może to, co przeżyłam, cofnąć? Nawet jeśli później wszystko się rozwaliło, to czy ktoś odbierze mi chwile, w których miałam tyle radości, rozkoszy, zabawy, pełni życia? Nikt tego nie odbierze, dlatego tak trzeba żyć. Na zasadzie projektów, jak tłumaczyła to Monika, gdy spotkaliśmy się w niedzielę po urodzinach Joanny.

Wynajęliśmy w Jeleniej Górze pokoik w małym hoteliku, aby spokojnie przygotować się do urodzinowego przyjęcia Joaśki, a po nim spokojnie odpocząć. Na imprezie spotkałam wielu znajomych, ponieważ w tej firmie, w której pracowała Joanna, pracował też mój mąż. Przy okazji Krzysztof umówił się z szefem na rozmowę, bo miał dla niego kilka propozycji.

Bawiliśmy się doskonale, Krzysztof jest wspaniałym tancerzem, odczułam to tańcząc z nim, ale także podziwiając go w tańcu z innymi kobietami. Zrobił szybko duże wrażenie, dlatego znajome dziewczyny szeptały mi do ucha, że trafiłam na niesamowitego mężczyznę, który tak wspaniale tańczy. No, bo która kobieta nie lubi być niesiona w tańcu przez idealnego partnera, który nie kręci się w kółeczko, nie wykonuje bez końca utrwalonych schematów, nie szarpie, ale niesie, przewodzi, kręci, tworzy dzieło sztuki tanecznej na parkiecie. A zatem była dumna, że Krzysztof, to właśnie mój mężczyzna.

Wychodząc nad ranem z tego wielkiego i pięknego balu, umówiliśmy się Moniką na obiad w jednej z jeleniogórskich knajpek. I faktycznie koło trzynastej spotkaliśmy się w zacisznym miejscu, które poleciła nam moja koleżanka. Rozmowa od początku zaczęła się kleić, ale – do czego zmierzam – chciałam przedstawić bardzo ciekawą koncepcję na projekty życiowe.

Otóż Monika była teraz sama, lecz mówiła, że to jest jej projekt.

– Bo z tymi projektami to jest tak – tłumaczyła – planuje się go na pewien okres. Może być miesiąc, pół roku, rok, trzy, pięć lat… to wszystko zależy od danej sytuacji. Zakłada się w nim pewne cele, które ma się zrealizować. Następnie się żyje, po prostu… a w trakcie dokonuje się ewaluacji projektu. Zdarza się bowiem, że trzeba zmodyfikować któryś punkt planu…

– Moniko – przerwałam jej – mówisz o tych projektach życiowych, jakby to były projekty na zrobienie jakiejś wystawy, jakiegoś szkolnego przedsięwzięcia. Ale przecież życie jest niezbadane i nieprzewidywalne…

– No właśnie – weszła mi w słowo – dlatego ta ewaluacja. Przy realizacji takiego projektu trzeba być elastycznym, można zmieniać pewne punkty planu, ale nie sam cel. Jeśli chcemy zmienić cel, to już będzie zupełnie nowy projekt…

– No to nie rozumiem – rzekł Krzysztof rozkładając bezradnie ręce.

– Weźmy na ten przykład małżeństwo – tłumaczyła dalej niczym niezrażona Monika – najpierw tworzy się projekt bycia razem do narodzin dziecka. Celem jest przygotowanie się, zarówno od strony wewnętrznej, jak i zewnętrznej. Żeby mieć dziecko, to trzeba bardzo je chcieć. Trzeba być na to gotowym wewnętrznie, mieć trochę wiedzy, ale przede wszystkim otwartość uczuć. Trzeba mieć też jakiś kąt, w którym znajdzie się miejsce na zabawki dziecka… na jego ubranka… Trzeba mieć trochę grosza, a najlepiej sensowną pracę, a nie gonitwę za karierą… no, jednym słowem, realizacja takiego projektu może potrwać nawet parę lat po ślubie…

– Niesamowite – wyrwało mi się – i wszystko tak na zimno, tak racjonalnie?

– Teraz takie czasy – odparła Monika. – Gdy narodzi się dziecko, to tworzy się nowy projekt, dotyczący wychowania dziecka, czy dzieci, bo może zaplanowaliśmy dwoje lub troje… Potem jest projekt, jak dzieci zaczynają być dorosłe. Następnie projekt, jak dzieci odchodzą z domu. Jak zostajemy sami, we dwoje, zmęczeni życiem…

– Czyli w ciągu naszego pożycia we dwoje powinno się stworzyć i zrealizować kilka projektów? – dopytywałam.

– No tak – odparła. – Ale to nie jest nic nadzwyczajnego, przecież tak postępuje większość ludzi. Jedynie nie nazywają tego projektami, ale etapami życiowymi, a może w ogóle nie nazywają, tylko po prostu żyją. Ale ja chciałam powiedzieć o innym rodzaju projektów…

– A jakim? – wyrwało mi się.

– O projektach robionych z pełną świadomością przez osoby dojrzałe i wolne zarazem.

– Czyli takie, jak ja czy ty? – pytałam.

– No, tak, właśnie o tym chcę mówić. Otóż, przyjmujemy, że po rozwodzie potrzebujemy kogoś, kto nam zapełni pustkę. To jest nasz cel. Mniej więcej planujemy. Schodzimy się z kimś takim. Realizujemy nasz projekt tak długo, aż się cel nie zrealizuje, a nasz związek się nie wypali…

– Tak na zimno? – przerwałam jej, krzywiąc się z niesmakiem.

– Oj, wcale nie na zimno, z pełnią uczuć, jeśli nas na nie stać. Ale także ze świadomością, że nic nie trwa wiecznie. Że wszystko jest płynne, a uczucia przemijają, nawet te najpiękniejsze. Czasami taki projekt można zamienić w ramach tych dwóch samych osób w drugi, który ma inny cel, ale najczęściej jest to niemożliwe. Ludzie prędzej czy później nudzą się sobą, a jak ich nie wiążą wspólne dzieci, wspólne gospodarstwo, majątek, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby zakończyli projekt i się rozstali.

– Brzmi to bardzo trzeźwo – wtrącił się Krzysiek.

– Mam to dogłębnie przemyślane. Przez trzy lata byłam w związku po tym, jak mój mąż odszedł ode mnie. Było mi to bardzo potrzebne do odrodzenia się, odbicia od dna, bo nie neguję, że moje poczucie wartości spadło w dół. No i odżyłam, jestem po trzech latach nową osobą, a nasze uczucia wypaliły się i nie ma sensu, abyśmy się teraz mieli męczyć ze sobą, skoro przeżyliśmy tyle pięknych chwil.

– Aha – jęknęłam, bo tylko na tyle było mnie stać pod wpływem tego wywodu Moniki.

– I trzeba zakończyć ten projekt, zanim nastąpią złe uczucia. Chodzi o to, aby rozstać się w zgodzie i przyjaźni, jak najbardziej kulturalnie.

– No właśnie – wszedł jej w słowo Krzysiek.

– I nie wstydzę się tego, że przeżyłam piękny okres. Że ktoś będzie mówił, że się afiszowałam z nim, że udawaliśmy taki wspaniały związek, że to była wielka miłość i tak dalej. To był wspaniały okres, ale się skończył. To wszystko. Niczego nie żałuję. To tak, jak w projekcie. Człowiek go planuje po to, aby mieć jak najlepsze osiągnięcia. Działa tak, aby mieć sukces. Aby mieć radość. Ja mam osiągnięcia, sukces, radość. Przeżyłam piękne chwile, odżyłam na nowo, czuję się spełniona, atrakcyjna, dowartościowana… nie muszę się tego wstydzić, co było ani tego, że się rozstaliśmy.

– I od początku tak to zaplanowałaś? – dopytywałam.

– Nie, wtedy jeszcze tego nie rozumiałam. Dopiero teraz wiem, że życie dojrzałego człowieka trzeba budować na zasadzie projektów… i wam też to radzę – dokończyła nieco speszona.

Milczeliśmy przez chwilę, po czym odezwałam się:

– Coś w tym jest, co mówisz… My w sumie też teraz tworzymy projekt, wiemy, jaki jest jego cel, ale nie wiemy, jak długo potrwa… wiemy, co chcemy osiągnąć, ale nie wiemy, jak się zakończy, czy trzeba go będzie modyfikować…

– Ważne jest to, aby modyfikować tylko pewne etapy projektu, ale nie jego cel… Nowy cel, to nowy projekt… Najlepiej we dwoje na coś takiego się umówić.

– Oj, Moniko – skonfundowałam ją – wybacz, ale jeszcze raz powtórzę, życie jest nieobliczalne i nie da się wszystkiego przewidzieć…

– Im bardziej racjonalnie i nieco egoistycznie podchodzimy do życia, tym mniej później cierpimy – zakończyła Monika.

Ta rozmowa dała mi wiele do myślenia. Jej główny motyw wracał do mnie przez następne dni. Rozmawiałam o tym z Krzysztofem, szczególnie gdy robiliśmy pierwsze porządki w ogrodzie, bo z wolna zbliżała się wiosna. Pokazały się przebiśniegi i pierwiosnki. Promienie słońca były coraz bardziej przyjemne. Tym bardziej miało nam się na czułości, na pocałunki, tulenie… no taki to był wtedy piękny czas, że bez przerwy musieliśmy dotykiem zapewniać się o swoich uczuciach.

Planowaliśmy też święta wielkanocne za dwa tygodnie. Krzysztof zaprosił swoją córkę, mieli także przyjechać moi synowie. Szykował się wyjątkowo pracowity czas, bo chciałam (chcieliśmy) pokazać się z jak najlepszej strony. Bardzo mi zależało, aby córka Krzysztofa mnie polubiła, aby wiedziała, że jej tato jest z kimś, kto nie zrobi mu krzywdy. Jego córka bardzo przeżywała rozwód, było jej żal Krzyśka, ale – jako że jeszcze młoda, studiująca – nie była w stanie w nic się zaangażować. Zaakceptowała nasz związek, ale znała mnie tylko z rozmów telefonicznych. Teraz miała przyjechać.

Aż tu na dwa tygodnie przed świętami, w rozmowie telefonicznej z Krzysztofem, oznajmiła, że związek mamy rozpadł się z hukiem i że mama jest sama. Że bardzo przeżywa i nie może znaleźć sobie miejsca. Ewelina, córka Krzyśka, teraz znów zaczęła przeżywać problemy mamy. Krzysztof zaś po tej rozmowie zaczął chodzić jak struty, był zamyślony, zagubiony, zaczął żyć jakby w innym świecie.

Ciąg dalszy nastąpi 🙂

Jeśli podobało Ci się opowiadanie, to pomóż mi pozycjonować moją stronę firmową, wystarczy wejść STRONA PAWŁA – naciśnij

CZĘŚĆ TRZYNASTA – naciśnij 

9 komentarzy do “MIŁOŚĆ NA SKRAJU LASU – część 12 – opowiastka dla dorosłych

  1. W związku liczy się miłość i zaufanie,ale nie można na siłę nikogo zatrzymać.Co też wydarzy się w następnej części ? Czekam 🙂 Pozdrawiam

  2. Witam Cię pięknie Pawełku. Bardzo mi się podoba w jaki sposób Twoi dojrzali bohaterowie wyrażają swoje życiowe doświadczenia. Jak bardzo chcą jeszcze po raz któryś przeżywać porywy uczuć, bliskość drugiej osoby, przy której szybciej bije serce a noc staje się dniem. Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy.

  3. No- no- takiego czegos sie nie spodziewałam?
    Tylko nie mów ze wróci do swojej byłej zony?
    Moje zdanie ze gdyby tak wyszło to bardzo nieładnie by sie zachował-bo nie wchodzi sie dwa razy do tej samej wody?
    No ale losy ludzi sa rózne i nie nam sadzic lecz mozemy tylko gdybac jak bedzie dalej?
    Czekam na dalsze losy tej pieknej pary!

  4. Uczucie, zrodziło się z samotności u Krysi. Krzysiek szukał a właściwie to został zatrzymany i trafił dobrze. Ale czy to miłość czy zapomnienie… W życiu nie można jutra do końca zaplanować. Raptem tragedia i jest pustka. Czekam na ciąg dalszy. Pozdrawiam

  5. Serce nie sluga ..Czasami jednak Nie wiemy czy mamy sluchac serca czy rozumu??????? …A Zakochanie ..to za malo..bo trzeba KOCHAC….

  6. ..do zaufania potrzeba czasu …jeśli będą razem z sobą i ich gorąca miłość ….to będą razem <3 pozdrawiam

  7. Kochac to takze pozwolic komus zwyczajnie odejsc i wyjsc poza granice wlasnego egoizmu. Zaczyna sie troche komplikowac jak czasem w zyciu. Nie wszystko jest takie piekne.Wielka sztuka jest kochac i umiec zyc w przyjazni..Co zrobi Krzysztof?…trudna decyzja.Cokolwiek postanowi zawsze ktoras strona bedzie cierpiec.Odpowiedzialnosc za uczucia te ktore zywimy do drugiej osoby,ale i te ktore w niej wzbudzamy….Czym pokieruje sie Krzysztof?…rozsadkiem,rozumem czy sercem?..czekam na cdn…….Dobranoc

  8. PRZECZYTAŁAM….jak zwykle czekam na dalszy ciąg…mam nadzieję, że Krzysztof zostanie…że nie wróci do żony….chociaż, któż to wie…różne sytuacje się zdarzają… małżeństwa się rozchodzą..potem schodzą…..poczekam na kolejny odcinek opowiastki…..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.