MIŁOŚĆ NA SKRAJU LASU – część 13 – opowiastka dla dorosłych

CZĘŚĆ PIERWSZA – naciśnij

 

 

Od rana w Wielką Sobotę szykowaliśmy świąteczne potrawy. Wieczorem mieli zacząć zjeżdżać się pierwsi goście. Pogoda zrobiła się rozkoszna, świeciło piękne słoneczko, więc wystawiliśmy pościel do wietrzenia. Ogród zaczynał cieszyć, budził się szczęśliwy do życia. Nasz pociąg jechał dobrym torem, jednak bywały momenty, że bardzo zwalniał.

Krzysztof od początku, odkąd go poznałam, potrafił o sobie opowiadać. Jednak teraz, po roku naszej znajomości, wiem, że mówił, ale tylko to, co chciał. A może to, co było mu wygodnie mówić? A może to, co wychodziło z niego? A reszta była za grubą skorupą?

Ja miałam wobec niego takie czyste uczucia, byłam otwarta i gotowa na miłość. Nie miałam na sobie żadnego pancerza, który ograniczałby mnie w szczerości, jeśli chodzi o moją osobę. Przecież także pilnowałam się, aby w swojej szczerości w niczym nie dowalić Krzyśkowi, szczególnie jeśli chodziło o jego małżeństwo, o jego wcześniejsze życie. Starałam się być delikatna, bo wiedziałam, że to jest rekonwalescent i potrzebuje spokoju.

Czy on był szczery? Otwarty? Gotowy? Na pewno nie. Opowiadał o sobie, ale tak naprawdę był zamknięty. Nie mówił o tym, co go dręczy, co nie daje mu spokoju. Nie mówił, ale to między nami stawało, było murem nie do przeskoczenia. Bo niby wszystko rozwijało się dobrze, ale coś ograniczało nasze relacje. Wiem, teraz wiem, że można nie umieć mówić o wszystkim. Ba, można nawet sobie nie zdawać sprawy z tego, że o czymś się nie mówi. Szczególnie dotyczy to tych osób, które są po przejściach albo mają coś „na sumieniu”. Nie, Krzyś nie miał nic na sumieniu. Nie robił nic złego. Jednak ta dziwna tęsknota za przeszłością nie dawała mu spokoju. Być może sam nie zdawał sobie z niej sprawy. Być może sam nie umiał tego zracjonalizować. Być może sam przed sobą się nie przyznawał do tego… Ale przeszłość była dla niego balastem, który z trudem dźwigał.

Byłam dla niego bliską osobą, mógłby mówić… ale jednak nie byłam przyjacielem, osobą o partnerskich z nim relacjach. Bo przyjacielowi można wszystko powiedzieć, do przyjaciela można się wyżalić i wszystko z siebie wyrzucić. Nas łączyła inna relacja, takiej niby to miłości, a nie przyjaźni. Nie chciał mi wszystkiego mówić – jak sam po jakimś czasie przyznał – bo nie chciał sprawiać mi przykrości. No właśnie, przyjaźń i miłość. Na tym polega ta różnica, że w miłości nie chce się sprawić bólu, cierpienia. Ale czy tak powinna wyglądać miłość?

Miał rację, bo gdyby mi wtedy mówił, co faktycznie przeżywa, byłoby mi przykro. Chociaż zdawałam sobie z tego sprawę. Miałam przecież oczy i widziałam co się dzieje. A więc to ja nie dawałam mu tego fundamentu zaufania, aby mógł się bezgranicznie otworzyć. To ja byłam winna temu, że trzymał pewne sprawy w sobie.

Bo możemy mieć pretensje do kogoś, że nam nie powiedział, a my – jak nam się wydaje – jesteśmy tacy otwarci, gotowi wszystko przyjąć… Nieprawda, jeśli ktoś nam czegoś nie mówi, to – najczęściej – nie ma do nas zaufania. Jeśli kłamie nas, to po prostu boi się, że nie przyjmiemy prawdy spokojnie, że będziemy ją przeżywać, cierpieć… Więc kłamie (może lepiej zabrzmi: zmyśla), a jak go złapiemy na kłamstwie, to mamy pretensje… i o co? O to, że nie stworzyliśmy mu zaufania, aby mógł być wobec nas całkiem szczery? I do tego dochodzi relacja, ta inna niż przyjaźń.

Nie łączyła nas jeszcze miłość taka pełna, to było takie coś na jej podobieństwo. A najgorzej jest z półśrodkami. Teraz, po takich przejściach, pewnie jestem gotowa w miarę spokojnie przyjąć wszystko. Ale do tego trzeba dojrzeć poprzez doświadczenia. Wtedy na pewno nie byłam gotowa, co on doskonale wyczuwał i dlatego mówił to, co chciał mówić.

Szykowaliśmy więc w kuchni potrawy świąteczne, Krzysztof gotował bigos, obierał warzywa do sałatki, którą ja kroiłam. A przy tym rozmawialiśmy. W pewnym momencie stwierdził:

– Mam raczej złe skojarzenia z dzisiejszym dniem. Właśnie w Wielka Sobotę powiedziałem mojej dziewczynie, że rozstaniemy się, bo idę do zakony, gdyż czuję powołanie.

Milczałam, czekałam, aż będzie mówił dalej.

– Wiesz, znaliśmy się bardzo długo. Od początku szkoły podstawowej. Chodziliśmy razem do liceum, do jednej klasy. Już w ósmej klasie byliśmy parą. Każdy dzień spędzaliśmy razem, nawet na wakacje wyjeżdżaliśmy razem na obozy harcerskie, bo obydwoje działaliśmy w harcerstwie. Należeliśmy też do oazy takiej kościelnej. Było nam dobrze ze sobą. I tylko wystarczyły nam pocałunki. Sam nie wiem jak to było możliwe, ale naprawdę przetrwaliśmy bez seksu. Chociaż wtedy może było jeszcze inaczej niż teraz, może tak wcześnie się nie zaczynało.

Słuchałam z przyjemnością jego opowieści. Cieszyłam się, że otwiera się na mnie, że opowiada. Jego opowiadanie przerwał telefon. Spojrzał kto telefonuje, ale nie odbierał. Spojrzał na mnie lekko speszony i przeprosił. Powiedział, że musi oddzwonić. Wyszedł przed dom, w stronę bramy. Doskonale wiedziałam, kto to telefonuje. Prowadził w ostatnich dniach kilka takich rozmów poza mną. Czułam wtedy w sobie lekki niesmak. Ale jeszcze bardziej złość, że ona teraz się do niego odzywa. Czy czułam zagrożenie? Nie wiem. Może tak. Ale czułam złość, bo ja cała się oddaję, aby go uleczyć, a ona go teraz nagabuje, dręczy. Po każdym takim telefonie miał przez dłuższy czas jakiś dziwny nastrój. Z perspektywy czasu wiem, jak bardzo był wtedy zagubiony. Ale wtedy czułam niesmak. Niemniej jednak chciałam, aby czuł się zupełnie swobodnie, aby niczym go nie zniewalać.

Wrócił po paru minutach, jeszcze raz mnie przeprosił. Mieszał ten swój bigos, milcząc. Toteż zapytałam:

– I co było dalej w tej twojej młodości?

– No tak – rzekł wracając do przerwanego wcześniej wątku – ja się jakoś nakręciłem na Boga, na pójście do zakonu, na świętość. Dzisiaj wiem, jakim byłem głupcem, ale wtedy naprawdę czułem coś takiego, jak powołanie. Poważnie. Pamiętam ten czas. Byłem strasznie rozmodlony, uduchowiony… wcale nie kpię teraz. Było coś we mnie takiego, co mnie ciągnęło zupełnie w inny świat. Właśnie w Wielką Sobotę oznajmiłem to Joannie, że idę do seminarium, że chcę być zakonnikiem.

Gdy to powiedział, głos mu się lekko załamał. Zamilkł na chwilę. Słychać tylko było stukot noża na desce jak kroiłam marchewkę.

– Przeżyła to tragicznie, ale ja byłem uparty. Jakby we mnie coś wstąpiło. Byłem bezwzględny. Zimny. Chciałem ją do siebie zniechęcić. Teraz, jak patrzę na tamten czas, to myślę, że coś mnie opętało. Przecież nie można tak potraktować człowieka. Nie można odrzucić miłości dla własnego kaprysu.

– Chciałeś iść do zakonu – wtrąciłam, gdy milczał przez chwilę.

– Ale czy to usprawiedliwia coś takiego, co ja zrobiłem? Nigdy. Nawet gdyby Bóg był, to przecież nie wymagałby ode mnie tego, abym skrzywdził kogoś. No, ale Boga nie ma, a mnie się w głowie pomieszało totalnie. Nie masz nawet pojęcia, jak bardzo rozpaczała. To była tragedia. Czas matur. Byłem uparty, chociaż mnie błagała i zaklinała.

Znów zamilkł, bo głos mu drżał.

– Byłem uparty. Wyjechałem. Pisałem do niej, chciałem jakoś jej wytłumaczyć jeszcze raz. Jednak nie odpisywała. Nie widziałem się z nią. Po maturze wyjechała do Krakowa na studia. Nie widzieliśmy się nigdy… nigdy… trzydzieści pięć lat…

– Kochałeś ją? – zapytałam bez sensu zupełnie, bo należało raczej milczeć, niż zadawać takie pytania.

Odpowiedział jednak bez namysłu i w zaskakujący sposób:

– Nie wiem… nie wiem, czy ja w ogóle potrafię kochać… jestem raczej takim strasznym egoistą, który dba tylko o siebie. We mnie nie ma dobrych uczuć, raczej tylko złe. Zawsze wszystkiemu jestem winien…

Gdy to mówił, pomyślałam, że wypowiada takie oskarżające siebie słowa pod wpływem tej rozmowy z żoną, którą przed chwilą przeprowadził. Pewnie go dołuje, pewnie robi mu jakieś wyrzuty.

– Nigdy nikogo nie kochałem. Dlatego, Krysiu, bałem się związać z tobą, aby i ciebie nie skrzywdzić. Ty jesteś taką bardzo dobrą osobą, taką kochającą zupełnie bezinteresownie. A ja tak nie umiem, może dlatego, że jestem chory…

– Krzysiek, przestań – starałam się powstrzymać to jego samo dołowanie się.

– Taka jest prawda o mnie.

– Ja uważam inaczej, a trochę cię już poznałam.

– Oj, nie znasz mnie zupełnie, zupełnie…

I w tym momencie byłam na sto procent pewna, że ta jego żona w rozmowach z nim po prostu znęca się i doprowadza go do fatalistycznych myśli.

Minęło kilka miesięcy od tamtej naszej rozmowy w Wielką Sobotę. Czy on mówił prawdę o sobie? Czy faktycznie nigdy nie kochał, bo nie umie kochać?

Pod wieczór przyjechał mój starszy syn Maciej z synową Jagodą. Przywieźli z lotniska młodszego syna Mateusza. Moje dzieci już były. W domu zapanował radosny gwar. Wtedy zatelefonowała córka Krzysia, że już dojeżdża. Krzysztof wyjechał w okolice kościoła i po kilku chwilach była również i ona.

I witaliśmy się wszyscy serdecznie. Zarówno moje dzieci, jak i Ewelina, córka Krzysztofa, chcieli okazać swoją otwartość, gotowość na pełną akceptację. Wszak to ich rodzice byli ze sobą. Cieszyłam się, że tak sprawnie to przebiegło. Ale zauważyłam coś jeszcze. Mój Mateusz, który raczej do dziewczyn był nieśmiały, bo wolał naukę, przytulił mocno córkę Krzysia, wycałował. Widziałam w jego oczach niesamowity błysk. To coś, co nazywa się miłością od pierwszego wejrzenia. I tu uprzedzę fakty – Ewelina po jakimś czasie wyjechała do Mateusza do Anglii i są do dziś razem, bardzo szczęśliwi.

No, ale święta, święta i po świętach. Zostaliśmy znów sami. Była środa rano, gdy Krzysztof oznajmił, że musi na kilka dni wyjechać do Kielc.

Ciąg dalszy nastąpi 🙂

Jeśli podobało Ci się opowiadanie, to pomóż mi pozycjonować moją stronę firmową, wystarczy wejść STRONA PAWŁA – naciśnij

7 komentarzy do “MIŁOŚĆ NA SKRAJU LASU – część 13 – opowiastka dla dorosłych

  1. o nie- znowu kazesz nam tak długo czekac??????????????????????
    no trudno- uzbroje sie w cierpliwosc- ale metlik w głowie mam nie smaowity- zmieniam zdanie -on chyba jednak pozostanie u Krysi!

  2. Witaj Pawełku. ” Miłość Krystyny wystawiana jest na próbę. Wszystko znosi, wierzy. We wszystkim pokłada nadzieję ale nie wiem czy wszystko przetrzyma. To piękne jej uczucie to mogą być też łzy. No i tu jest pole do popisu dla….?
    W Dzień Zakochanych czyli jutro Krzysztof powinien podarować Krystynie coś szczególnego – SWÓJ CZAS. Czekam na kolejną część.Dziękuję. Pozdrawiam

  3. Krzysztof powoli się zwierza Krystynie.Zwierzenia są jakby zakłocane przez jego źonę.Z tego powodu teź Krystyna nie jest pewna uczuć Krzysztofa.Na jej miejscu sprawę pozostawiłabym do rozstrzygnięcia Krzysztofowi mniej angazując się uczuciowo lub stopniowo wycofując się.Nie chciałabym czuć się , źe wymuszam na nim jakieś uczucia.Miłośc przychodzi kiedy chce i kiedy chce odchodzi.Piękne jest to , źe ich dzieci odnaleźli w sobie wzajemną miłość.Pawełku czekam na dalszy rozwój sytuacji.

  4. O Matko..ale się porobiło….. Krzysztof jest jakiś zagubiony….nie potrafi się odnaleźć w sytuacji, w której się znalazł…
    tak trochę chciałby….ale się boi zaangażowania …. jest w takiej jak gdyby skorupie….która bardzo powoli pęka…. czekam… czekam na dalsze koleje losu tej bardzo ciekawej opowiastki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.