MIŁOŚĆ NA SKRAJU LASU – część 17 – opowieść dla dorosłych

CZĘŚĆ PIERWSZA – naciśnij

Bardzo przeżywałam tę wizytę Jagody, jej słowa, a przede wszystkim agresję jaką mi okazywała. Nurtowały mnie z kolei słowa Maćka, który powiedział, że wszystko wygląda odwrotnie. O co w tym wszystkim chodzi? – biłam się z myślami, jak każda matka, która chce dobra dla swoich dzieci. Przecież nigdy nie pakowałam się w ich małżeństwo z buciorami, nigdy nie użalałam się nad moim synem, nigdy nie zrobiłam nic takiego, co byłoby przeciwko ich małżeństwu. A że czasem zbyt ostro dyskutowaliśmy politycznie? Ha, cóż, w niejednej rodzinie takie dyskusje są obecnie prowadzone. Jagoda lubiła mnie prowokować, jak to młody człowiek. A ja nie pozostawałam jej dłużna, więc dyskutowałyśmy. Czasami może za mocno, ale zawsze rozstawałyśmy się w zgodzie. Jedynie Maciej potrafił wyłączać się z takich politycznych  dyskusji ze mną. Zbyt dobrze mnie znał, wiedział, że jestem uczulona na wszelką lewicowość i lewackość. Wiedział, że tylko li toleruję ich zapatrywania i działania polityczne, ale zupełnie ich nie akceptuję.

Ja uważam, że w życiu jest tylko jedna zasada: „tak-tak, nie-nie”, bez żadnego „ale”. Bez tłumaczenia. Albo coś jest czarne, albo białe. Nie znoszę szarości, nie cierpię letniości, letniej wody w kranie. No takie mam poglądy, a jednak nie zastosowałam ich wobec Krzysztofa. Chyba tylko on jeden jest wyjątkiem. Teraz, z perspektywy czasu, pytam sama siebie – dlaczego uczyniłam go wyjątkiem od mojej twardej reguły? Ja, która nie cierpię ludzi miałkich, letnich, niepotrafiących twardo stąpać po ziemi… ja, która głosiłam zawsze, że trzeba być trzeźwym i rozsądnym, gdy ma się już swoje lata… ja zrobiłam wyjątek. Dla Krzyśka. I ten wyjątek potwierdził moją zasadę. Albo białe, albo czarne… szarość wpędza nas w kłopoty, problemy… a potem się dziwimy, że musimy cierpieć.

A ja się wcale nie dziwię. Wiem, że popełniłam błąd. Ale na ten błąd wpłynęło wiele czynników. To, że się zakochałam, a może pokochałam bardzo Krzyśka. Że cholernie się do niego przywiązałam. A on wcale mną nie manipulował, był prostolinijny. To mnie w nim ujmowało. To, że potrzebowałam mężczyzny do zaspokojenia swoich zmysłowych pragnień, a Krzysiek był w tym doskonały. Ta jego niepewność siebie, pokora, lęk pobudzały moją sferę erotyczną. Nie znoszę mężczyzn zbyt pewnych siebie, takich buhajów. Co jeszcze trzymało mnie przy Krzysztofie? Jego delikatność, kultura, wczuwanie się w moje wszystkie potrzeby. On jest bardzo empatyczny, wie, kiedy ma mówić, a kiedy tylko słuchać. Kiedy do czegoś przekonać, a kiedy wyperswadować jakiś pomysł. Jest mężczyzną, który dba o gospodarstwo, o dom w sensie materialnym, bo potrafi pracować w obejściu, umie zając się każdą rzeczą. Jest przy tym doskonałym nauczycielem. Słyszałam wiele pochlebnych głosów od znajomych rodziców na temat jego pracy w szkole. No to jak mogłam nie popełnić błędu?

Ale wracając do dnia, w którym odwiedziła mnie Jagoda. Cóż, wieczór miałam zepsuty, siedziałam jak struta. Krzysztof też w zasadzie milczał. Patrzyliśmy w ogień w kominie i lataliśmy myślami, każde w swoim obszarze. Nagle rozległ się gong przy bramie. Spojrzeliśmy na siebie zdziwieni i Krzysztof poszedł sprawdzić, kto tam się pojawił. Po chwili wprowadził do domu starszą panią, która mieszkała w naszej wsi.

Kobieta przyszła z wielkim problemem. Szybko stworzyłam jej atmosferę do wygadania się, bo była nieco skonsternowana. Opowiadała, że ma problem z synem, który ma dwoje dzieci, żonę, trzydzieści lat na karku i pije. Nie jest agresywny, ale codziennie się upija. Żona go wyrzuciła z domu. Przyszedł więc do niej, do matki. A ta pani słyszała, że ja pomogłam kiedyś dwóm kobietom w takim problemie i życie im się ułożyło. Dlatego ona przyszła do mnie, abym jej też pomogła.

– No tak – rzekłam nieco zmieszana – tylko że ja wtedy doradzałam w innej sytuacji.

Faktycznie, kiedyś pomogłam w rozwiązaniu problemu mężów alkoholików. Ale żonom, które wyrzuciły ich z domu. Dopiero gdy podjęli leczenie, terapię i zapisali się do klubu AA mogli wrócić. Udało im się przetrwać już kilka lat, są abstynentami.

– Ale co ja mam robić? – pytała kobieta błagalnym głosem.

– Zna pani te osoby, którym doradziłam… to były żony, które postawiły sprawę zdecydowanie…

– Tak, ja wiem… ale

– No właśnie. Pani nie jest żoną, pani jest matką. A matka nigdy nie wyrzuci dziecka z domu…

Urwałam, a kobieta milczała. Patrzyłyśmy na siebie. Miała łzy w oczach, a i ja czułam się dość niezręcznie. To są przecież bardzo trudne sprawy, które trudno jest rozwiązać. Sama nie wiem, jak ja bym postąpiła w takiej sytuacji, jak więc mogłam cokolwiek doradzić.

– A proponował mu ktoś leczenie? – zapytałam po dłuższej chwili milczenia.

– Nie wiem…

– Pracuje?

– Nie…

– To skąd ma pieniądze na alkohol? – zapytałam bezceremonialnie spodziewając się odpowiedzi.

– Ode mnie… – kobieta rzuciła te słowa i rozpłakała się. Szlochała. Znów milczałyśmy długą chwilę.

Krzysztof przyniósł herbatę i ciasto. Usiadł w fotelu obok mnie. Czułam się lepiej czując jego bliskość. Ale i tak ta cała sytuacja była bardzo niezręczna.

– Mój mąż nigdy nie pił – zaczęła mówić kobieta, gdy się nieco uspokoiła. – Nie wiem, jak to się stało… on też początkowo nie pił… potem zaczął… rzucił pracę… mój mąż umarł… brał ode mnie pieniądze…

Milczałam. No bo co ja miałam powiedzieć tej kobiecie? Że to jej wina, że to ona dawała mu pieniądze i przez to on się rozpił? Miałam ją jeszcze bardziej pognębić?

– Wie pani, że to dawanie mu pieniędzy… – zaczęłam, ale ona mi przerwała.

– Wiem, wiem, że to moja wina… nie wiedziałam, że to tak się stanie. Mieliśmy go tylko jednego. Rozmawiałam z księdzem, powiedział, żebym mu nie dawała, że musi się leczyć…

– Mam podobne zdanie – powiedziałam szczerze – mało tego, nie może go pani trzymać u siebie w domu.

– Jak to? – spojrzała na mnie zaskoczona.

– Alkoholizm to taka choroba, której nie wyleczy się głaskaniem po głowie, dawaniem jedzenia i pieniędzy na alkohol. On musi wiedzieć, że jak się nie zacznie leczyć, to nie będzie miał u pani miejsca… że nie będzie miał domu.

– To ma zdechnąć? – jęknęła z rozżaleniem.

Spodziewałam się, że po moich słowach kobieta tak zareaguje, że zacznie czuć do mnie żal. W sytuacjach alkoholizmu potępienie alkoholika powoduje reakcję obronną u jego najbliższych, a już na pewno u matki. W takim przypadku matki patrzą tylko uczuciami, co jest przecież zrozumiałe, a to jest zguba dla ich dziecka. Ale jak to wytłumaczyć, aby nie być oskarżonym o bestialstwo, aby przekonać, że tak właśnie trzeba zrobić.

– Alkoholizm też prowadzi do zdechnięcia – odważyłam się wypowiedzieć ostre słowa – prędzej czy później zapije się na śmierć.

Słuchając mnie, kiwała głową.

– Zdechnie u pani w domu a nie na polu czy w lesie… – rzuciłam brutalnie.

Patrzyła na mnie zdumiona moją surowością.

– Chyba zna pani przypadki, jak alkoholicy zapijają się na śmierć? – zapytałam i nie czekając na odpowiedź dodałam – bo ja znam kilka w naszej wsi.

– Tak… – szepnęła – to co bym miała zrobić?

– Najpierw nie dawać mu pieniędzy…

– To mi zabierze – przerwała w odpowiedzi kobieta, spuszczając wzrok z zawstydzeniem.

– Boi się go pani?

– Nie – zaprzeczyła – nie boję się go. On mi nic nie zrobi…

– Człowiek, który potrzebuje pieniądze na alkohol potrafi dopuścić się różnych rzeczy…

– Pewnie tak, ale on by mi nic nie zrobił…

– Proszę pani, ja wiem, że to co mówię, jest przykre dla pani. Dla mnie też. Jestem matką i wiem, jak przeżywa się problemy dzieci. Mogę pani współczuć i tyle. A mogę coś doradzić. Nie wiem, czy się uda, ale zawsze można spróbować.

– Tak?

– Musi go pani po prostu wyrzucić z domu, nie może od pani dostawać ani jeść, ani pieniędzy…

Pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Musi mu pani powiedzieć, że jak zacznie się leczyć i podejmie abstynencję, to wróci do domu. Rozmawiała pani z jego żoną?

– Tak. Mówiła podobnie…

– Kiedyś były inne czasy. Mężczyźni pili, a kobiety to znosiły. Teraz zmieniło się, kobiety nie chcą żyć z pijakiem… On musi wiedzieć, że jak podejmie leczenie, to będzie miał szansę… Jeśli pani zechce zrobić tak, jak mówię, to proszę też porozmawiać z jego żoną. On musi wiedzieć, że jest szansa, ale pod warunkiem, że przestanie pić i będzie się leczył.

– A jak nie przestanie?

– I tak może być… alkoholizm to tragedia i dobrze pani o tym wie… bardzo ciężko jest z niego wyjść… ale wielu osobom się udało, wielu przypłaciło życiem…

– A czy coś jeszcze mogłabym zrobić?

– Na pewno trzeba konsekwentnie, tu nie może być litości…

Kobieta znów schowała twarz w dłoniach i szlochała.

– Ja pani zaraz znajdę najbliższy punkt, gdzie mógłby pójść na terapię i do lekarza. Proszę zaczekać.

Poszłam do komputera, znalazłam, zapisałam na kartce i podałam kobiecie.

– Proszę mu to dać rano, gdy jeszcze będzie trzeźwy i rozmówić się z nim.

Gdy kobieta poszła, byłam wstrząśnięta tym wszystkim i strasznie załamana. Miałam świadomość, że weszłam w cudze życie, że zawyrokowałam o kimś. Robiło mi się zimno i gorąco. Krzysztof patrzył na mnie litościwie. Wyciągnął ramiona. Usiadłam mu na kolanach i wtuliłam się w niego. Tak mocno, mocno… Jak to dobrze, że był na wyciągnięcie rąk. Taki dobry, bliski, spokojny. I wtedy przypomniałam sobie, że jutro przyjedzie mój Maciek i będę musiała rozwiązywać swoje matczyne problemy.

Ciąg dalszy nastąpi 🙂

Jeśli podobało Ci się opowiadanie, to pomóż mi pozycjonować moją stronę firmową, wystarczy wejść STRONA PAWŁA – naciśnij

6 komentarzy do “MIŁOŚĆ NA SKRAJU LASU – część 17 – opowieść dla dorosłych

  1. Problemów zyciowych, jak zwykle nie brak.Jak nie wlasne , to cudze.Jesli moźemy i jestesmy w stanie rozwiązujemy swoje , ale teź pomagamy rozwiązywać innym.Tę postawę Krystyny oceniam bardzo pozytywnie.Tak powinna postąpić.Tylko stanowczosc wszystkich moźe dac właściwy rezultat.Zawsze mamy jakichś sąsiadów.Raz oni nam pomagają, innym razem my im.Wszelkie uczynki w dobrej wierze pozwalają na zdobywanie zaufania i szacunku.Pozdrawiam.Z przyjemnoscią czytałam ten odcinek.

  2. No tak – zaczynaja sie problemy-czyjes sie daje rozwiazac ciekawe czy tak latwo bedzie z własnymi?
    Ale czekam cierpliwie na dalszy ciag wydarzen-obym zdazyła sie załapac do konca przed wyjazdem na kemping?

  3. Witaj Pawełku. Życie jest jak los na loterii. Nigdy nie wiadomo co się wyciągnie. Spotykam wielu różnych ludzi. Wysłuchuję ich głębokich tajemnic. Nigdy nie spotkałam człowieka, który wyciągnął doskonały los. Wszyscy mają coś co ich gnębi i dręczy. Wierzacy nazywają to krzyżem. Inni mówią nie mam szczęścia. Często przechodzą przez to samo ale różne są rezultaty. Życie to los na loterii ale wiele zależy od nas samych.
    Czekam na 18-tą część może życie będzie mniej bolało bohaterów Twojego opowiadania. Zrobiło mi się smutno. Pozdrawiam.

  4. Dziwny jest ten świat, nie dość że przysparza nam własnych problemów , które trudno rozwiązać, to jeszcze dodaje cudze ,,,,opowiadanie bardzo mi się podoba czekam na ciąg dalszy i więcej ciut pikanterii…pozdrawiam.

  5. znam wiele takich przypadków…synów…mężów alkoholików…którzy uciekają od problemów życia codziennego…..zresztą nie będę ukrywała, że doświadczyłam w własnym swoim życiu ….. moje podejście do tego problemu przyniosły skutek pozytywny…. mój mężczyzna od 27 lat nie pije…jest w trzeźwości ……czytając tę część…przypomniałam sobie swoje życie sprzed wielu lat…… czekam na dalszą część ….

  6. Znam taką historię że matka też utrzymuje syna który nie pracuje
    pije i w dodatku robi awantury matkę bije i meble rozbija.
    Ciekawa jestem jak poradzi sobie ze swoim synem.Czekam
    na 18 częśc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.